Rozmowa z aktorem Piotrem Adamczykiem – o skrajnie różnych kreacjach w „Karolu...” i „Testosteronie”, najnowszym filmie „Święty interes”, braku dystansu Polaków do samych siebie i wygranej walce z „aktorską manierą”.
– Bezpośrednio po dwóch częściach opowieści o Karolu Wojtyle zagrał Pan w „Testosteronie” i „Ladies”. Czy to była jakaś forma odreagowania lub ucieczka przed zaszufladkowaniem w rolach wybitnych rodaków?
– To była naturalna droga zawodowa, szczególnie w takiej pracy „zleceniowej”, jaką jest aktorstwo, gdzie zaprasza się nas do różnego rodzaju projektów. Miałem szczęście, że po tak zapadającej widzom w pamięć roli zaproponowano mi, żebym dalej uprawiał zawód aktora (śmiech) i wcielał się w kolejne postaci. Cieszę się ogromnie, że były to role różne. Nie był to więc sposób odreagowania czy pozbywania się wizerunku, choć powiem szczerze, że bałem się, że koledzy reżyserzy o mnie zapomną i postawią mnie na półce ról wielkich Polaków.
– Do tematyki „papieskiej” wracamy poniekąd za sprawą Pana najnowszego filmu „Święty interes”, który w kinach zobaczyć będziemy mogli pod koniec sierpnia. Proszę nam więc zdradzić coś więcej na jego temat.
– W tym wypadku można powiedzieć, że decyzja zagrania w tym obrazie była jednak w pewnym sensie odcięciem kuponu od roli Karola Wojtyły. Reżyser Maciej Wojtyszko wpadł na pomysł obsadzenia w rolach braci mnie i Adama Woronowicza, którego znamy z roli księdza Jerzego Popiełuszki. W filmie dziedziczą oni samochód, którym podobno jeździł Karol Wojtyła, i próbują ubić na nim tytułowy „święty” interes. Jest to z pewnością zabieg, który pozwolił nam na ukazanie dystansu do samych siebie, a, mam nadzieję, widzom również pozwoli na popatrzenie na siebie z pewnej perspektywy. Bo w końcu film opowiada o naszych wadach narodowych.
– A czy nie obawia się Pan, że w kontekście tych poprzednich filmów „Święty interes” odebrany zostanie przez widzów jako swego rodzaju pastisz lub wręcz ironia?
– Ależ to byłoby świetnie, gdyby widzowie odebrali ten film jako ironiczny! Traktuje on bardzo wiele spaw z przymrużeniem oka, a jednocześnie w komediowy sposób opowiada o nas. Jeśli my, Polacy, wszystko będziemy brać zbyt serio, to się utopimy we własnej beznadziejnej patetyczności. Myślę, że Polakom brakuje dystansu do siebie, do naszej historii, naszych bohaterów narodowych, którym najchętniej postawilibyśmy pomniki z brązu. Tymczasem wszystko to, co jest bliskie, ludzkie i człowiecze, przemawia do nas najintensywniej. Także o polskim katolicyzmie powinniśmy umieć rozmawiać z dystansem, a nie z dzikim zacietrzewieniem. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń...
– Naszych narodowych czy problemów Kościoła na świecie?
– Naszych, polskich, także kościelnych. To dobry moment, żeby trochę spuścić z siebie tego powietrza i porozmawiać o tym, w jaki sposób traktujemy wiarę.
– Wielu aktorów, z którymi rozmawiam, neguje to przeświadczenie, jakoby zawód aktora był najwspanialszy na świecie. Przypominają o dziesiątkach dubli, o pewnym znudzeniu, rutynie, o tym, że tworzenie filmu wcale nie jest tak pasjonujące, jak końcowy efekt, który widz ogląda na ekranie. Czy Pana aktorstwo bawi?
– Moim zdaniem praca aktora jest... potrafi być wprost magiczna, niezwykle wdzięczna. Chociaż nie tworzymy niczego z krwi i kości, niczego, co byłoby stałe. Nasza praca jest ulotna. Mam jednak nadzieję, że czasem dajemy ludziom powód do zastanowienia, pokazując w naszych historiach człowieka. Ja tego zawodu nie zamieniłbym na żaden inny, chociaż z wiekiem zaczęły mnie interesować także inne sprawy.
– Czyli?
– Czyli ostatnio spełniłem swoje wielkie marzenie i założyłem z kolegami restaurację w Warszawie. To zajęcie daje mi ogromną satysfakcję i właśnie poczucie takiej normalnej, rzetelnej, ciężkiej pracy, bez jakiegoś usprawiedliwienia, typu „Aaa, to aktor, artysta, jemu można wiele wybaczyć...”
– Na koniec proszę nam jeszcze powiedzieć, co Pan lubi w Trójmieście?
– Przede wszystkim gdyński festiwal filmowy, ale nie tylko. Także w Sopocie jest bardzo fajny Festiwal „Dwa Teatry” z zupełnie wyjątkową widownią. Trójmiasto odwiedzam zawsze w związku z kinem i są to dla mnie bardzo „filmowe” miasta, co jak najbardziej proszę odczytywać jako komplement.
– Dziękuję za rozmowę.


Komentarze
Izo a co Ci sie w nim podoba? bo mnie jakos "nie rusza"