Konjo ma dwa oblicza. Od pewnego czasu pokazuje się jako człowiek, który ma do siebie dystans. Czyżby porzucił maskę trefnisia i błazna? O awangardowej przeszłości, nominacji do prestiżowej literackiej nagrody NIKE i jej pozytywnych konsekwencjach rozmawiamy z Pawłem Konnakiem, znanym jako Konjo.
– Jak reaguje Pan na określenia typu błazen czy idiota?
– Moją młodość spędziłem w undergroundzie artystycznym i walczyłem o tzw. wolny kraj. Wolny kraj ma to do siebie, że każdy ma prawo realizować się w taki sposób, jaki chce. I każdy ma prawo do wypowiadania sądów, jakie by one nie były: głupie czy mądre. W związku z tym akceptuję wolność w każdym jej wymiarze, zarówno opinie ludzi o IQ wysokim, jak i o ilorazie inteligencji, który odpowiada stadu ślimaków. Artysta nie powinien się obrażać na jakiekolwiek formy odbioru jego takiej czy innej sztuki, ponieważ, wystawiając się na widok publiczny, musimy liczyć się z tym, że zostaniemy poddani osądowi. A czy ten osąd będzie pozytywny, czy negatywny, to już zależy od ogółu, który będzie kontemplował nasze pląsy. I oczywiście są artyści zakochani w sobie, którzy strzegą dobrego zdania o sobie samych, inni mają do siebie dystans. Ja jestem gdzieś pośrodku. I staram się nie do końca przejmować opiniami, które krążą na mój temat. Dlatego proszę bardzo, jeżeli ktoś uważa mnie za geniusza, to jestem zachwycony, jeśli za debila, to też jestem zachwycony. Ale, jak mawia o mnie kolega Doktor z zespołu Bielizna: Paweł Konjo Konnak – pół geniusz pół debil. To definicja mojej osoby.
– Znalazłam jeszcze inną definicję: „postabsurdalny artysta rewiowy z Kaszub”. Dlaczego post?
– Kiedy zakładaliśmy w 1986 roku formację Totart, uznaliśmy, że jedną z takich cech, które nas charakteryzują, jest kreacja nasycona absurdem i ironią w stosunku do otaczającego nas wtedy bardzo smutnego świata. Ale ponieważ przed nami działali artyści tacy jak np. Eugene Ionesco czy Samuel Beckett, i ponieważ ci artyści byli artystami absurdalnymi, to my uznaliśmy, że jesteśmy artystami postabsurdalnymi. Generalnie „post-”. Postabsurdalne, postironiczne, jest to związane z pewnym takim nihilizmem, który prezentujemy w naszych zakręconych dziełach, i staramy się zdystansować do poważnych form kreacji, ponieważ świat, który zastaliśmy w tym 1986 roku, był bardzo poważny z każdej strony. Ponieważ ten nurt oficjalny był bardzo poważny i ten nieoficjalny też był taki, stwierdziliśmy, że światu należy się taki młodzieńczy zastrzyk zdrowej ironii i absurdu. A zatem postironia, postabsurd, postsztuka.
– Czy Pan cierpi na ADHD?
– Nie, zdecydowanie nie. To jest radość przeżywania własnego istnienia, w niezwykle indywidualny, intensywny sposób.
– Tylu ludzi boryka się z poczuciem bezsensu życia, a Pan eksploduje wręcz energią...
– Też tak miałem, ale użyłem sztuki jako terapii. Niegdyś byłem ogarniętym totalną depresją, nihilizmem i czarnymi myślami młodzieńcem. Było to związane z rzeczywistością, w której przyszło mi spędzać moją młodość. W czasach mojej młodości, czyli w czasie stanu wojennego, gwiazdą telewizyjną nie była Doda Elektroda ani Violetta Villas, ale generał Jaruzelski, który załatwił nam udział w imprezie pod nazwą techno party, które polegało na tym, że pod moim domem jeździły czołgi, i jest to mało zabawny widok, gdy ma się 15 lat. Było kiepsko, ale użyłem sztuki jako formy terapii.
– I teraz zajmuje się Pan afirmacją życia. Czyli jest to prawdziwe i autentyczne? Nie jest to poza?
– Nic na to nie poradzę, że wszystko mi się podoba. Może te osoby, które uważają mnie za debila, mają rację. Są ludzie, którzy używają sztuki, żeby dobić się do Pana Boga, inni, żeby dobić się do szatana, a ja najzwyczajniej w świecie czerpię radochę z tego, że mogę sobie napisać wierszyk, napisać książkę.
– Pana tomik wierszy pt. „Król festynów” był nominowany w 2009 roku do nagrody literackiej NIKE. Czy czuje się Pan królem festynów?
– Oczywiście. Nie wypieram się żadnych ról, które piastuję w społeczeństwie. A jeśli ktoś uważa, że jestem królem festynów, to też się nie wypieram, dlaczego? Wystawiając się na widok publiczny, powinienem z pokorą przyjąć ocenę. Uważam też, że każdy z tego Konja może wziąć to, co mu się podoba – jedni mnie undergroundowego, inni offundergroundowego, jedni Konja Totartowego, inni Konja festynowego. Ja cieszę się życiem w każdym wymiarze, czy to pisząc wiersze, czy prowadząc koncerty Big Cyca.
– Wspomniał Pan, że pracuje teraz nad książkami...
– Wszystko zaczęło się od „Króla festynów”. Wcześniej wydałem dwa tomy pt. „Sztuka restauracji” i „Randka z mutantem”, ale oprócz mojej matki nikt ich chyba nie przeczytał... Ale gdy wydałem tomik pt. „Król festynów”, spotkał się on nieoczekiwanie z uznaniem. Chodzi o to, że wydanie i nominacja do nagrody NIKE miała kilka sympatycznych konsekwencji. Jedną z nich jest propozycja napisania książki o Totarcie. I w tej chwili piszemy razem z Doktorem Janiszewskim z Bielizny oraz Krzysztofem Skibą książkę pt. „Wariaci, artyści, anarchiści”. Jest to książka o alternatywnym Gdańsku lat 80. Kolega Doktor pisze część o gdańskiej scenie alternatywnej, kolega Skiba o skrajnych działaniach politycznych, kolega Konjo pisze o Totarcie i satelitach. Druga książka, którą będę pisał, dotyczy punk-rocka w latach 80. Bo zaczynałem jako aktywista punkowy, organizując koncerty oraz pisząc wiersze i wydając magazyn podziemny „Gangrena”. Książki te powstają na zlecenie Narodowego Centrum Kultury. Chcę namówić również dyrektora NCK na wydanie moich pamiętników pt. „Księgowy tańczy” o latach 90. i współczesnych, czyli jak ludzie alternatywy poradzili sobie w wolnym kraju. Chcę też napisać książkę o Tymonie Tymańskim, o 25-leciu jego działalności artystycznej.
– Dziękuję za rozmowę.

