Strona główna Wywiady Po koncercie do smażalni

Po koncercie do smażalni

Email Drukuj

Anja Orthodox :: Fot. Archiwum-Universal

Anja Orthodox (właściwie Anna z domu Sabiniewicz, po mężu Kumala), polska wokalistka, kompozytorka - związana z zespołem muzycznym Closterkeller -  konsekwentnie buduje swój specyficzny świat, z dala od kolorowych pism. Wierna swojej muzyce, zespołowi, prezentuje się nam w swojej najnowszej płycie „Bordeaux”.

- Zanim porozmawiamy o nowej płycie, zacznę od… komplementów

- A pewnie, miło się zaczyna.

- Widzę, że u ciebie mniej kilogramów i jakby ubyło lat, i jak zawsze piękna.


- Z żalem muszę powiedzieć, że przy pracy nad nową płytą trochę się podpasłam. Postanowiłam dać sobie odrobinę luksusu i nie męczyć się odchudzaniem… ale tylko 3 kilogramy mi przybyło.

- Niejedna kobieta zastanawia się co robić by tak zmienić się na korzyść?

- No chyba nie będzie się ze mnie robiło jakiegoś symbolu odchudzania i wyroczni dietetycznej. Zrzuciłam swego czasu 8 kilogramów, przybyło 3 w sumie mam mniej o 5. Co to jest, nic, myślę, że są lepsze osoby, które na ten temat mogą się wypowiedzieć.

- Tu nie tylko chodzi o kilogramy, czyżby zainspirowałaś się przemianą byłej pani minister Anny Kalaty?

-
Oczywiście byłam, kto nie był!? Na pewno ona jest dowodem na to, że jak się chce to można.

- Ważna jest dieta, ale nie tylko, dbasz również o swoją kondycję fizyczną; jakiś klub fitness, bieganie?

- Tak jak większość Polaków, jak najbardziej staram się iść w tym kierunku i to w ten sposób, że zamierzam się za to wziąć…

- Część wizualną mamy już omówioną, teraz wokal czyli to co ciebie wyróżnia. W każdym twoim nowym albumie znajduję coś nowego. W nowym,  zatytułowanym „Bordeaux” jest fantastyczny utwór „Bez odwrotu” z elementami wokalu operowego. Takiej jeszcze cię nie słyszałem!?

- Może nie wszystkie płyty moje słuchałeś, staram się by w każdym albumie był  jeden – dwa utwory z tymi właśnie elementami, podobają mi się takie zaśpiewki.

- Ale w „Bordeaux” jest inna jakość…

- Tak, dla przeciętnego słuchacza może nie dostrzegalna, bo rzeczywiście w utworze „Bez odwrotu” jest taka u mnie nowa jakość wokalna w postaci bardzo oryginalnych przejść z wokaliz z legato na stakato. Są to szalenie trudne rzeczy do zaśpiewania i wydawało mi się, że gdy ten utwór zaprezentuję, to rozpęta się jakiś  ogólnopolski jeden wielki zachwyt nad moim nowatorstwem jako wokalistki. Bo też nigdy nie słyszałam wokalistki rockowej czy też popowej, nie mówię tu o operowych, która by w ten sposób śpiewała, podchodziła tak do dźwięku. No i okazuje się, że tego nikt nie zauważył, nikt nie docenił, ale widzę, że ty to zauważyłeś. 

- Jak już zaczęliśmy rozmawiać o nowym albumie, dlaczego „Bordeaux”, skąd ta nazwa?

- Po pierwsze musiał być w tytule kolor...

- ?

- Nie wiesz?! Od samego początku Closterkellera wszystkie płyty mają kolorowe tytuły m.in. „Purple”, „Blue”, „Cyan”, „Graphite”. „Bordeaux” czyli bordo, to też jest kolor. No i każdy z tych „naszych” kolorów ma jakieś tam drugie swoje znaczenie np. „Blue” to znaczy jeszcze smutek, „Scarlet” kojarzy się z imieniem Scarlett  O’Hara,  bohaterką powieści Margaret Mitchell   „Przeminęło z wiatrem”, „Cyan”, to też trucizna. A bordeaux ma też drugie znaczenie – wino. Słuchając tej naszej nowej płyty i mając na uwadze całą zwartą koncepcje albumową, utwory mają wchodzić do głowy jak picie wina. Na początku jest słodko, potem kręci się w głowie i na koniec jest mocne oderwanie od rzeczywistości wraz z zapadnięciem w nicość.

- Wspomniałaś tu o koncepcji tej płyty…

- Przewodnim tematem jest bezsilność człowieka wobec fatum, wobec czasu, losu i to wszystko jest opisane przez pryzmat związku dwojga ludzi, zwykłych z pozoru, a niezwykłych bo są piękni i bogaci duchowo. Oni próbują siłą swej mistyki, swej emocjonalnej poezji przeciwstawić się losowi. Jednakże walka z czasem, z przeznaczeniem z góry jest skazana na porażkę i to wszystko kończy się bardzo „closterkellerowo”. To jest płyta wysmakowana, dojrzała, dla wyrobionych odbiorców.

- Słuchając utworów z tej płyty odniosłem wrażenie jakby to była jedna całość, opowieść o miłości dwojga ludzi.

-
Nie tylko o miłości,  to jest taka polska telenowela. To się dzieje tutaj w naszej rzeczywistości, a cały ich piękny świat jest w ich wnętrzu, w sercach.  Historia tej pary jest bardzo przejmująca.

- Zapewnie trwa trasa koncertowa na której prezentowane są utwory z nowego albumu?

- Tak, zwie się ona „Abracadabra Gothic Tour” w liczbie 36 koncertów; 3 – 4 koncerty tygodniowo i z nimi dobijemy do świąt Bożego Narodzenia. 2 października byliśmy w Gdyni, 6 listopada w Koszalinie potem jest Bydgoszcz, Toruń i dalej jedziemy na południe Polski.

- Macie plany koncertowe poza granicami Polski, pytam o to, bo choć jesteśmy w Unii, niezmiernie trudno naszym artystom zdobyć popularność w europejskich krajach?


- Przez te wszystkie lata naszej działalności mieliśmy mnóstwo zaproszeń z zagranicy, niestety były to zaproszenia od osób raczej niepoważnych… kończyło się na gadaniu. Daliśmy więc sobie spokój, tu w kraju mamy co robić, kalendarz koncertami jest wypełniony. No a poza tym mamy rodziny, dzieci, obowiązki i nie bardzo mamy ochotę na dłuższe wyjazdy.  Być może skorzystamy już z poważnego zaproszenia, w styczniu pojedziemy na koncert do Irlandii.  Słyszałam, że jesteśmy popularnym zespołem w Hiszpanii a nawet w Ameryce Południowej!

- Jesteś absolwentką warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (Wydział Zootechniki), a zostałaś… piosenkarką. Tak właśnie miało się potoczyć w twoim życiu?


- Tak, ale tak naprawdę, to miałam być genetykiem i nawet studia kończyłam pod kątem specjalizacji w genetyce. Pasjonowałam się w tym temacie, może i szkoda, że tym genetykiem nie zostałam… może bym coś teraz sklonowała!? Chciałam być też hodowcą koni, fascynowała mnie zootechnika. Gdyby nie Closterkeller, który już na poważnie w czasie studiów wkręcił się w moje życie na pewno zostałabym tym genetykiem.

- A film, zagrałaś Franię w komedii „O rany, nic się nie stało”. Nie chciałaś pójść tą drogą?


- Nie, to był czysty przypadek, że zagrałam w filmie. Dla mnie, to była przygoda, nie było moją przyszłością granie w filmie. I to nie tylko ze względu na mój absolutny brak talentu aktorskiego, ale też nie godziłam się z organizacją produkcji filmu, która polega m.in. na tym, że czekasz i czekasz na swoje wejście na plan. 80 procent spędzonego tam czasu, to jest właśnie owe bezsensowne czekanie.

- Czyli śpiew, muzyka, to są twoje pasje?


- I komputery, i w tym wszystkim odnajduje się w stu procentach

- Nie ma miejsca na nic innego?


- Mam jeszcze dzieci, męża i obowiązki czyli pranie, sprzątanie a to pochłania sporo energii, mam co robić w życiu.

- Często bywasz w Trójmieście?

- Niestety rzadko, mówię niestety, bo muszę z dumą powiedzieć, że mój ojciec pochodzi z Gdańska. Będąc małym dzieckiem nasłuchałam się od niego różnych morskich opowieści. On oraz mój wujek pokochali morskie żeglarstwo. Ale godnie mnie reprezentuje mój syn Adam, który w Sopocie ma narzeczoną i często tu przyjeżdża.

- A jak jesteś w Trójmieście, masz takie swoje ulubione miejsce do którego wracasz?

- Mój pobyt na Wybrzeżu związany jest z koncertami. Na ogół przyjeżdżamy tu jesienią i zimą. Wraz z  zespołem mamy jednak tu takie swoje magiczne miejsca. Są to… smażalnie ryb gdzie przy grzanym winku, smażonej fląderce siedzimy patrząc przez szybę na morze. Mamy taką naszą ukochaną smażalnię w Sopocie z widokiem na morze. A ostatnio znaleźliśmy też przyjemną smażalnię w Gdyni na Skwerze Kościuszki. Tak że Trójmiasto kojarzy się nam z flądrą, grzanym winem, no i Gdańsk, to rodzinne miasto mojego ojca.

Rozmawiał: Jerzy Uklejewski



 

Komentarze 

 
0 #1 Miłka 2011-11-06 21:07
Ojej, dlaczego taki nijaki ten wywiad? Panie Jurku, a taką miał Pan przed sobą piosenkarkę
Cytować
 

Dodaj komentarz