Rozmowa z Wojciechem Cejrowskim, znanym podróżnikiem i autorem programu „Boso przez świat”.
– Jest Pan podróżnikiem, dziennikarzem, pisarzem, artystą satyrykiem. Jak znajduje Pan czas, żeby pogodzić pracę we wszystkich tych dziedzinach?
– A czy pani uważa, że to są prace, które się kłócą ze sobą? Moim zdaniem człowiek kolejno wykonuje różne zadania. Czy pójście do łazienki kłóci się z piciem herbaty? Robimy to w innym czasie; od picia herbaty chce nam się iść do łazienki, a od tego chodzenia do łazienki chce nam się znowu pić herbatę. Ja w ogóle nie podchodzę do tego w taki sposób, że to są jakieś etaty, każdy po 8 godzin. Ja mam 6 etatów, więc pewnie gdzieś muszę oszukiwać, bo doba ma 24 godziny. Trochę się zajmuję jednym, potem trochę drugim.
– A która z dziedzin najbardziej Pana absorbuje?
– Nie dzielę mojego życia na takie klocki, które są do poukładania. Człowiek jako jednostka świadoma powinien przede wszystkim „być”, więc ja „jestem”. Jak akurat mam siłę do pracy intelektualnej, to się nią zajmuję, a jak już jej nie mam, to mogę się zajmować kopaniem ogródka. Tak więc nie umiem policzyć, która robota zajmuje mi najwięcej czasu.
Książkę „Gringo wśród dzikich plemion” pisałem 3 lata, ale nie bez przerwy. W tym czasie zajmowałem się z przyjemnością bumelanctwem za granicą oraz inwestycjami. Czy można powiedzieć, że tę książkę pisałem w czasie wolnym? Nie, pisałem ją wtedy, kiedy mnie naszła wena albo ochota, ale w ciągu tych 3 lat starałem się ją napisać skutecznie. A inne zajęcia były trochę mniej ważne.
– Podróżuje Pan od ponad 20 lat. Czym dla Pana jest podróżowanie?
– Nie znam innego życia, więc trudno mi powiedzieć, że jest to jakaś wyjątkowa sytuacja akurat u mnie. To nie jest też wydzielona przestrzeń. Ja podróżuję stale. Właśnie w tej chwili podróżuję do Trójmiasta, chociaż to jest moja ziemia rodzinna.
– Czym Pan się kieruje w wyborze regionów, do których wyjeżdża?
– Instynktem albo pogodą, bo jak jest w Polsce zima, to ja odlatuję do ciepłych krajów. Listopad spędzam w Meksyku, marzec też staram się spędzić w miejscu, gdzie „się nie maże”, z nosa nie leci, gdzie jest już widno, słońce świeci…
– Co by Pan poradził osobie, która marzy o podróżach…
– Wyjechać.
– …ale niekoniecznie chce korzystać z usług biur turystycznych?
– Wyjechać.
– Ale od czego miałaby zacząć, oczywiście poza zabezpieczeniem finansów?
– Nie, finanse zupełnie na końcu! Wszystko tu, w tej ciasnej intelektualnie Europie, postawione jest na głowie. Uważa się, że wszystko kupuje się za pieniądze i bez pieniędzy nie podchodź do żadnego zadania. Otóż nieprawda. Jak budowałem pierwszy dom, to chodziłem po terenach rozbiórkowych i nie kupowałem kabli, które miałbym potem wmurować w ścianę, tylko brałem z odzysku klamki, zawiasy. W związku z tym pieniądze nie są początkiem wszystkiego. Większa część świata myśli inaczej niż Europa. Na pierwszy mój wyjazd do Meksyku wyjechałem kompletnie bez pieniędzy. Często na moich występach jakiś student pyta: „A skąd wziąć kasę?”. Albo dostaję maile z propozycją, abym przysponsorował jakąś wyprawę. Odsyłam takich ludzi od razu na Syberię!
Wyjechałem bez pieniędzy do Meksyku i na miejscu musiałem sobie radzić sam. A czy tam nie ma pracy? Tam też żyją ludzie. Byłem bezdomny, ale w mieście Meksyk było wtedy 80 tysięcy bezdomnych, więc znalazłem się w dosyć znaczącej grupie społecznej. Wystarczy znaleźć podobnych sobie i ja znalazłem. Pierwsze noce spędziłem na kratce od metra, śpiąc na tekturze. Bo miałem wielką chęć odwiedzenia Meksyku, a nie miałem pieniędzy, więc to nie mogło być przeszkodą i nie jest to też naprawdę początkiem.
– A jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać na podróżującego w taki sposób?
– Takie same jak tu. Samochód może przejechać. No jakie mogą czyhać, niech mi pani powie?
– Na przykład w kontekście ostatnio głośnej historii o dwóch turystach w Peru…
– A czym to się różni od napadu w górach ukraińskich albo w Tyrolu?
– A dla Pana taka najniebezpieczniejsza sytuacja, w której się Pan znalazł?
– Stan wojenny, tutaj w PRL-u, kiedy działy się w moim życiorysie różne nieprzyjemne rzeczy. Ubecja, która inwigilowała, śledziła, biła, torturowała, wsadzała ludzi do więzienia bez wyroków na wiele miesięcy, zimą, na czas Bożego Narodzenia… W kopalni „Wujek” strzelanie do ludzi, do dzisiaj z imienia i nazwiska są znani ci, co strzelali, i nie ma żadnych konsekwencji… Strzelanie w głowę… To jest najniebezpieczniejszy okres mojego życia i z tej Polski stanu wojennego udało mi się – jak ten stan został zawieszony – sposobem zdobyć paszport i wyjechać na ten pierwszy wyjazd do Meksyku. Tam było dużo bardziej bezpiecznie, bo to był wolny, demokratyczny kraj. Mówimy dzisiaj „Ale Meksyk!”, że jakieś napady na ulicach, strzelaniny, a to było częścią normalnego świata tam. Strzelaniny, bo tam ludzie mają prawo nosić broń i tam się człowiek spodziewa, że go zastrzelą. Natomiast w kopalni „Wujek” to się człowiek nie spodziewał, że go zastrzelą.
– Czy spotkał się Pan podczas swoich podróży z taką sytuacją, kiedy Pana gdzieś nie chciano wpuścić albo Pan sam nie wiedział, jak ma się zachować? Co Pan wtedy zrobił?
– Ja wiem, jak mam się zachować, odpowiedzi znajduję zawsze w Dziesięciu Przykazaniach. Jak jest jakaś sytuacja patowa, że sam nie wiem, co zrobić, to akt strzelisty do Ducha Św. oraz przeszukanie tych 10 paragrafów i pozwala mi znaleźć klucz. Jeżeli mam wątpliwości, czy powinienem coś zrobić, np. nacisnąć guzik na reaktorze atomowym, czy nie, to dobrze jest wybrać tę opcję bezpieczną: nie robić. Jeżeli nie wiem, czy coś jest bezpieczne, czy nie w kontakcie z drugim człowiekiem za granicą, to lepiej nie naciskać guzików, których opisu nie znamy albo nie rozumiemy i tyle. Ale nie przypominam sobie takiej sytuacji, w której nie wiedziałem kompletnie, co zrobić. Czasem człowiek jest zagubiony…
– Czy na przykład, kiedy dotarł Pan do jakiejś wioski, jej mieszkańcy całkowicie byli zamknięci?
– Wielokrotnie. Ale to oni wtedy się nie pokażą. Kiedy już następuje kontakt wzrokowy, to po pierwsze oni mnie widzieli, zanim ja ich zobaczyłem. Czyli, że jeżeli ja ich widzę, oni mnie widzieli i mogli sobie odejść, a jeżeli czekają, to znaczy że są jakoś otwarci, w minimalnym stopniu, na jakiś rodzaj interakcji. Więc jak już się widzimy twarzą w twarz, na wyciągnięcie ręki, to oznacza, że jest pierwszy kontakt, zaproszenie.
– Czy czuje Pan czasem strach?
– Zawsze czuje strach i dlatego żyję. W samolocie, lecąc z domu do Trójmiasta, czułem strach. Startując w Warszawie, lądując w Gdańsku, czułem strach. Zawsze jadę na Różańcu, te końcówki lotów, jak jest turbulencja też.
– A jak zjada Pan różne dziwne rzeczy w innych krajach? Nie obawia się Pan, że coś może Panu zaszkodzić?
– Jeżeli obok mnie homo sapiens je to samo, to dlaczego mnie miałoby to zaszkodzić? Ludzie tak czasem jadą do Egiptu i uważają, że tam małpoludy mieszkają. Egipcjanin coś je na ulicy, a polska wycieczka obchodzi go szerokim łukiem i jeszcze przewodnik pokazuje: „Patrzcie, niebezpieczne jedzenie”. Przecież skoro widzę homo sapiens, który to wcina i daje swojemu synkowi gatunku homo sapiens, i ja jestem homo sapiens, to dlaczego mnie to ma zaszkodzić, a jemu nie? Absurdalne myślenie.
– Mówi się, że podróże kształcą, ubogacają, rozwijają ludzi…
– To zależy. Jak jest ktoś tłumok, to go nic nie ubogaci.
– A co Pan wynosi z podróży?
– Na początku rozmowy mówiliśmy, że ja jestem w podróży permanentnie, więc trudno mi to porównać do stanu niebycia w podróży i takiego okazyjnego, jednorazowego wyjechania.
Pamiętam tylko te pierwsze wyjazdy, które można w takim kontekście czytać.
Jest to duża odmiana w człowieku, mocne wrażenie, tak jak Boże Narodzenie. Jest to święto wyjątkowe w pewnym sensie, powtarzalne. Taki wyjazd do Meksyku dla kogoś, kto na stałe mieszka w Polsce, będzie wyjątkowy. Dla mnie taki był w roku '77.
– Czy są jakieś miejsca na Ziemi, do których Pan by nie pojechał?
– Chciałbym pojechać na Grenlandię i zrobić film o igloo. Takie marzenie chłopca, żeby zbudować igloo z kawałów śniegu, tak jak robią to ci mieszkańcy. Ciekawie byłoby pokazać to w telewizji oraz jak człowiek w takim minimalistycznym środowisku żyje.
Są miejsca, którymi się brzydzę. Do Niemiec bym nie pojechał… To świństwo, które oni robią starszym ludziom, swoim babciom, obrzydliwe poniżanie religii w czasie parady w Berlinie, gdzie władza na to zezwala, a tam mieszkają starsi ludzie, którzy się modlą na Różańcu, chodzą do protestanckiego Kościoła, dla nich Jezus Chrystus jest wartością, a współczesne społeczeństwo niemieckie kompletnie (i użyję tu tego słowa do gazety) olewa własnych starców… Kulturowo nie do zniesienia dla mnie.
– A Pana najbliższe plany?
– Mam występ za 20 minut. A potem jadę do Osieka, czyli na moje ziemie rodzinne, do Pelplina na grób ojca, a dalej zobaczymy… Wiem, że na pewno w listopadzie będę w Meksyku jak zwykle, a we wrześniu u siebie w Teksasie. A co do podróży, nie mam jeszcze konkretnych planów.
– Co powiedziałby Pan Czytelnikom „Twojej Gazety”, aby zachęcić ich do takiego podróżowania?
– Ja nie zachęcam ludzi do podróżowania. To powinny być roztropne, indywidualne decyzje. Mogę zachęcić ogólnie do pielgrzymowania.
– Dziękuję bardzo za rozmowę.


Komentarze
A Doda jest do przyjęcia?
Raczej próbuje być oryginalny, i nie zawsze jest to do przyjęcia
Szkoda, że nie można wybrać sobie jego poglądów... Jako podróżnik jest fajny :)
Fajnie opowiada, ale nistety jestem załamana jego poglądami
Jakoś nie wierzę w tę jego głęboką religijnośc