O tym, jak pogodzić pracę i karierę zawodową z rolą matki, rozmawiamy z radcą prawnym i wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji UG, żoną prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, matką dwóch córek: 8-letniej Antosi i 12-miesięcznej Tereski – dr Magdaleną Adamowicz.
– Czy nie miała Pani wyrzutów sumienia, idąc do pracy i zostawiając małe dziecko w domu?
– Przyznaję, że nie. Większe wyrzuty sumienia miałam, kiedy posyłałam starszą córkę do przedszkola. Kocham swoje dzieci i uwielbiam spędzać z nimi czas, uważam jednak, że macierzyństwo nie musi oznaczać kresu kariery i samorealizacji zawodowej matki. Jeżeli praca trwa określoną ilość godzin, a dziecko ma zapewnioną dobrą opiekę, to nie ma obaw. Ja na szczęście mam ciocię, która ma w sobie tyle serca i ciepła – obie z malutką ją uwielbiamy. Cieszę się, kiedy jestem sama z małą i mogę się na niej skupić, obserwować ją. Ale gdybym musiała codziennie i cały czas się nią opiekować, myśleć tylko o zupkach, pieluszkach, to na dłuższą metę byłoby to męczące. Praca daje wolność. Jest odskocznią, gdyż dzięki niej zajmuję się czymś innym, co też daje satysfakcję, co też jest częścią mojego życia.
– Czy to prawda, że na dziecko patrzy się nieco inaczej, kiedy się trochę od niego odpocznie?
– Po każdej rozłące dziecko jest stęsknione i mama też. To są normalne, zdrowe relacje. Uwielbiam spędzać czas z dziećmi, staram się spędzać go aktywnie i efektywnie. Są matki, które spędzają cały swój czas tylko z dzieckiem, poświęcają się dla niego. Ale czy zawsze ten czas z nim jest dobrze spędzany? Kiedy są znużone i zmęczone, to niby są z dzieckiem, ale osobno. Dlatego lepiej jest czasami trochę odpocząć.
– Jak Pani sobie radzi z natłokiem obowiązków pracującej mamy i gospodyni? Jak się Pani przygotowuje logistycznie, kiedy trzeba wyjść z domu i zostawić dziecko?
– Staram się planować. Mimo, że ciągle jeszcze karmię piersią najmłodszą córkę, to wyjeżdżałam nawet na kilka dni. Jest trochę zachodu z przygotowaniami, gdyż trzeba pomrozić sporo porcji mleka, ale jak się to zaplanuje rozsądnie, można sobie z tym poradzić. Z dzieckiem nie jest co prawda jak z komputerem, który można zaprogramować. Trzeba mieć cały czas trochę pokory i zrozumienia wobec niego. Przy pierwszym dziecku miałam większe wyrzuty sumienia wychodząc z domu, przy drugim z tego wyrosłam.
Mam taką cechę – moim zdaniem dobrą, chociaż mój mąż twierdzi inaczej – jestem elastyczna. Potrafię swoje plany zmieniać i weryfikować. Paweł bardzo przywiązuje się do swoich planów i dla niego jest problemem, kiedy cokolwiek się zmienia. Tłumaczy mi, że w jego pracy takie zmiany są niedopuszczalne. A u mnie pewne rzeczy są płynne. Coś się przekłada, coś się zmienia. Wiadomo, zajęć dydaktycznych na uczelni nie mogę przekładać. Ale gros mojej pracy to jest praca własna, naukowa, badania, które jak odłożę w ciągu dnia, mogę nadrobić w nocy. Mam też dużą pomoc w rodzinie – u mojej cioci, rodziców i teściów.
– Co by Pani poradziła matkom, które idą do pracy? Czy warto pracować, kiedy jest się matką?
– Oczywiście, że warto iść do pracy. Trzeba się nieustannie rozwijać. Nie można bazować tylko na tym, co się kiedyś osiągnęło i zdawać się tylko i wyłącznie na męża. Praca to jest taka odskocznia, wolność oderwania od domu. To jest też moja duża pasja, satysfakcja, ale również niezależność finansowa. Samorealizacja w niej wpływa dobrze na moje samopoczucie. A zadowolona matka jest przecież źródłem zadowolenia dla dzieci.
Nie należy się bać podejmowania pracy. Szczególnie, gdy się ma pierwsze dziecko, można zacząć na przykład od pół etatu, chociaż od kilku godzin. Najważniejsze jest to, aby znaleźć takie osoby, którym ufamy, powierzając dziecko. Ja akurat mam tych bliskich osób sporo w rodzinie i moje dzieci są otwarte, nie boją się nowych twarzy.
– Gdzie lepiej zostawiać dzieci, pod opieką niani czy w żłobku?
– Muszę się przyznać, że jak tylko urodziła się Tereska, od razu zapisaliśmy ją do żłobka. Była przed dwusetką. Myślę, że w tym roku załapie się do żłobka. Bo dzieci dobrze się tam rozwijają. Odwiedziłam kilka żłobków i stereotyp żłobka znany z naszego dzieciństwa – szereg łóżek z metalowymi szczebelkami z mnóstwem płaczących dzieci – to już przeszłość. Teraz żłobki są świetne. Najlepiej, gdy jest blisko domu, by łatwo można było dziecko zawieźć i odebrać.
– Jak Pani ocenia nową ustawę tzw. żłobkową, która przekształciła żłobki w ośrodki opiekuńczo-wychowawcze, znosząc rygorystyczne przepisy sanitarne, charakterystyczne dla ośrodków podlegających pod ZOZ?
– Liberalizacja przepisów zakładania i prowadzenia żłobków wyjdzie na dobre. Natomiast wszystko musi być pod kontrolą, gdyż zostawiamy tam nasze małe dzieci, które nie zawsze potrafią opowiedzieć, co się działo za tymi drzwiami, kiedy wyjdziemy. Liczę na inwencję i kreatywność osób, które świadczą te usługi, gdyż jest to też biznes. Szacuje się, że w Gdańsku powstanie teraz około 100. nowych miejsc w żłobkach.
– Czy Internet jest dobrym źródłem informacji o poziomie opieki w żłobkach?
– Myślę, że nic i tak nie zastąpi osobistego, realnego kontaktu. Warto odwiedzić kilka żłobków, poczuć ich atmosferę, zobaczyć te opiekunki i dzieci, które tam są. Czy są wesołe czy smutne, spojrzeć na czystość. Nie ukrywam, że posiłkuję się opiniami internetowymi, ale podchodzę do nich z dystansem, gdyż zazwyczaj są one anonimowe, zaś w naszym społeczeństwie więcej pisze niezadowolonych frustratów, którzy wylewają swoje żale, niż zadowolonych. Jeżeli komuś coś się podoba, to rzadko kiedy wejdzie na forum i napisze o tym.
Dzieci zawsze lepiej chowają się w grupie niż same. Co prawda są też minusy tego, ponieważ narażone są na większą ilość infekcji. Zdecydowanie ma to jednak więcej plusów, gdyż nawet, jeżeli dziecko złapie jedną czy dwie infekcje, to na przyszłość wzmocni się jego odporność. A na pewno lepiej rozwinie się socjalnie.
– Jak Pani ocenia dyrektywy UE, które wchodzą w życie w kwietniu, w zakresie opieki okołoporodowej, promujące m.in. naturalne karmienie piersią i kontakt matki z noworodkiem „skóra do skóry”?
– Dobrze, że takie dyrektywy promujące naturalne kontakty matki z dzieckiem, wchodzą w życie. Ale jedna rzecz to jest wejście w życie w sensie formalnym, a co innego praktyczne stosowanie. I wiemy, że są konkretne osoby w szpitalach, które te praktyki promują, nawet czasem nie zawsze za zgodą przełożonych. Pilnują tego kontaktu „skóra ze skórą”, by dzieci po porodzie nie były myte sterylnie, tylko najpierw kładziono je na piersi matki. A są osoby, które są temu nieprzychylne. Sama spotkałam się z lekarzami, którzy dziwili się, czemu karmię dziecko, skoro już skończyło pół roku. Mówili, że to jest niepotrzebne, że się tylko osteoporozy nabawię. Byłam bardzo zdziwiona tego typu postawą. Formalne wejście w życie wzmacnia postawę powrotu do natury, ale przede wszystkim trzeba zmienić mentalność i nastawienie ludzi – nie tylko środowisk medycznych, ale także rodzin, najbliższego otoczenia matek.
- Dziękujemy za rozmowę.


Komentarze
Za to Ty na pewno nią jesteś heheheh
Też nie mogę patrzeć na te zdjęcia
a ludzie rozne rzeczy mowia o nim :)
No tak, nie zawsze można liczyć na pomoc
I wszystko jasne ;-)
Ale zbliżają się jesienne...
Odkrywcze, bo teraz rzeczy oczywiste wcale nie są oczywiste
słuszna uwaga
Już od dłuższego czasu promujecie budyń, za kasę? A miałem was za spoko gazetę