Z Jackiem Łaszczokiem – piosenkarzem muzyki pop-dance, znanym pod pseudonimem scenicznym Stachursky – rozmawia Jerzy Uklejewski.
– Od kilku lat jesteś pod skrzydłami firmy fonograficznej Universal Music. Chyba dobrze współpracuje się z tą firmą, skoro co roku na rynku ukazuje się Twój nowy muzyczny album?
– Tak, jestem zadowolony z tej współpracy. Z jednej strony firma ponagla, by wydać nową płytę, a to mobilizuje do pracy, a z drugiej – co pewien czas trzeba jednak wydać płytę z nowymi przebojami.
– „Wspaniałe polskie przeboje cz.2” to kolejne Twoje dzieło. Kto dokonał wyboru utworów na tę płytę?
– Oczywiście, że ja. Można powiedzieć, że są to moje ulubione przeboje. Wybierając je, kierowałem się przede wszystkim melodią, sercem i intuicją.
– Chociaż w tytule albumu są „przeboje”, to jednak tych ewidentnych przebojów jest tam mało…
– Okres, z którego były wybierane, jest dość szeroki. Te piosenki zaistniały gdzieś w moim życiu osobistym, odbiły na mnie pozytywne piętno. Kilka z nich było przebojami, ale większość to rzeczywiście utwory mniej znane. Myślę jednak, że teraz, w tej nowej odsłonie, w moim wykonaniu, zyskają swoje drugie „5 minut”. Są tu takie utwory, które mają związek z jakimiś moimi osobistymi sprawami, które przewijały się na dyskotekach, ogniskach i one generowały tę emocjonalną stronę mojego życia.
– Masz bogaty dorobek płytowy. Ile w sumie Twoich muzycznych albumów ukazało się na rynku?
– Autorskich osiem i zawsze pomiędzy autorskimi ukazują się koncertowe albo „the best of”. W sumie było ich 14. Jeżeli jestem już 17 lat na polskiej estradzie, to co drugi rok ukazuje się moja płyta z nowymi piosenkami. To chyba dobry wynik!
– Na ostatniej płycie śpiewasz piosenki wylansowane przez polskich wykonawców. A nie świta Ci pomysł na album „Wspaniałe zagraniczne przeboje”?
– Pewnie, że świta, ale to wymaga sporych przygotowań. Mam kilka takich swoich ulubionych utworów… Pięknie byłoby taki album wydać. Kto wie, może to się kiedyś spełni.
– Twoje albumy to spora dawka przebojowej muzyki – takiej do słuchania, do tańczenia. Twoje piosenki dobrze oceniają fani, ale już nie muzyczni krytycy…
– Takie negatywne opinie bolą, uważam, że są niesprawiedliwe. Co ciekawe, te oceny nie idą w parze z sympatią fanów. Popularność artysty, jego egzystencję budują jego odbiorcy, a mam spore grono, które lubi to, co i w jaki sposób śpiewam. Nie chcę śpiewać, by przypochlebiać się krytykom. Gdybym to robił, nie byłbym w porządku nawet w stosunku do siebie. Interesują mnie takie kompozycje muzyczne, które na co dzień będą towarzyszyły mojej publiczności. To jest trudne zadanie. Do tej pory udawało mi się 1 – 2 piosenki z każdego albumu doprowadzić do przeboju.
– Masz sporo nagród od publiczności. To też dowód, że pozytywnie Cię ocenia.
– Platynowe, złote płyty – to za sprzedaż albumów, a nagrody m.in. „Super Jedynki”, „Słowik Publiczności” były przyznawane przez słuchaczy. To oni zbudowali moją pozycję, to oni ugruntowali mnie w tym, że to co robię, jest dobre.
– Ile masz swoich piosenek w repertuarze?
– W moim, jako Stachursky'ego, repertuarze jest 96 piosenek.
– I pamiętasz słowa tych wszystkich utworów?
– Bywa, że nawet w tych popularnych utworach coś pomylę, coś zapomnę. Trzeba wówczas sobie jakoś radzić i wyjść dobrze z tej opresji.
– Nagrody, sława, pieniądze to są plusy Twego zawodu. A minusy?
– Wybrałem taki zawód, w którym widziałem dużo plusów, i gdyby było inaczej, na pewno byłbym kimś innym. Oczywiście, jak wszędzie są i ciemne strony zawodu. Może się zdziwisz, ale minusem jest spoczywanie na laurach, przeświadczenie, że już się wszystko osiągnęło. Sukcesy powodują pewne uśpienie. Trzeba być zawsze czujnym, walczyć o swoją pozycję i tego się nauczyłem.
– Niełatwo dostać się na szczyty polskiej estrady. Tobie się udało. Dużo w tym było szczęścia, pracy czy znajomości?
– Zaczęło się od pasji, marzeń, wyobrażeń nastolatka, że chciałoby się być sławnym; żeby tłumy szalały, żeby publiczność z tobą śpiewała piosenki. Kiedy małymi krokami dochodziłem do popularności, pojawiły się inne aspekty, które człowiek chciał osiągnąć, gratyfikacje finansowe. Dużo było w tym szczęścia, ale głównie upatruję sukces Stachursky'ego w determinacji, w przeświadczeniu, że to, co się wykonuje, ma sens, że to trafia do ludzi. Ale też zawsze jest tak, że na drodze trzeba jednak spotkać osoby, które w jakiś sposób – albo interesownie, albo bezinteresownie, ale skutecznie – mogą pomóc. Zawsze gdzieś napotykałem na takie osoby, które podały pomocną dłoń. A później to już się toczy, uzyskuje się efekt kuli śniegowej.
– A mógłbyś powiedzieć, kto taką pomocną dłoń do Ciebie wyciągał?
– Pierwszą osobą, która umożliwiła mi radiowe nagranie, była Ania Herman z Radia Katowice. Nie wiadomo też, jak rozwinęłaby się moja kariera, gdyby nie Marek Sierocki, który był szefem muzycznym w Telewizji Polskiej i który miał pozytywny stosunek do muzyki dyskotekowej. To on umożliwił mi pojawienie się na deskach opolskiego festiwalu. Redaktor Wojtek Jagielski odważył się odtworzyć w ogólnopolskiej stacji, Radiu ZET, piosenki Jacka Stachursky'ego. Był też Piotr Metz, który myślę, że nie jest pasjonatem mojej muzyki, ale dał mi szansę udziału w sopockim festiwalu. Na pewnym etapie te osoby dały mi szansę, a ja tę szansę wykorzystałem.
– Czy Twoje wyobrażenia o zawodzie piosenkarza rozminęły się z rzeczywistością?
– Podobało mi się, że na koncerty będę jeździł z całą ekipą autobusem, że będę spał na fotelu w autobusie… tak jak kiedyś widziałem, jak Lady Pank podjeżdżał autobusem na koncert. Jak mi się to podobało! A teraz nie, nie, nigdy w życiu, nie autobusami! Szał publiki na koncertach, momenty uwielbienia… takie były moje wyobrażenia o tym zawodzie. I myślałem, że piosenkarz cieszący się sławą spotyka się z tym na co dzień. Rzeczywistość dopisała jednak jeszcze kilka innych scenariuszy i z nimi trzeba było się liczyć. Jestem człowiekiem, który nie może narzekać. Osiągnąłem to, na czym najbardziej piosenkarzowi zależy – moje piosenki są akceptowane, słuchane.
– Jesteś solistą, jednak nie masz w planie duetu z wokalistką?
– Dobry byłby duet z Kasią Czubówną. Już raz z nią wystąpiłem na estradzie w piosence „Z tobą chcę oglądać świat”. Jest taki utwór „Forever to night”, piękna, romantyczna melodia… Szukam osoby, która zaśpiewałaby ze mną ten utwór, najlepiej widziałbym aktorkę. Nie naciskam jednak, nie szukam na siłę…
– Czy swój udział w „Tańcu z gwiazdami” chciałbyś wymazać z pamięci? Przypomnijmy tu Czytelnikom – w trakcie programu doznałeś kontuzji nogi.
– To była masakra! Wydawało mi się, że walc czy tango spokojnie mogę zatańczyć. A prawda jest taka, że to była dla mnie jedna wielka katorga, mój organizm odmówił posłuszeństwa. Treningi po 5 – 6 godzin dziennie wykraczały poza moje fizyczne możliwości. Ale jest i pozytywna strona tego wszystkiego – postanowiłem walczyć z nadwagą, dbanie o zdrowie to podstawa. „Taniec z gwiazdami”, a szczególnie przygotowania do tego programu, obnażyły wszystkie moje złe strony. Powiedziałem sobie, że już nigdy więcej w takiej formie i w takim wydaniu fani nie będą mnie oglądać.
– A jaki był Twój najlepszy, najmilej wspominany sylwester?
– Ostatnio mam same telewizyjne sylwestry. One dużo między sobą się nie różnią, ale był taki… w Łodzi. To było tak: grałem w Krakowie dla Polsatu, potem w samolot i do Łodzi. Tam grał m.in. Prefekt, a po nim ja. A potem w hotelu była nasza wspólna – oczywiście z Grzegorzem Markowskim i jego córką Patrycją – prywatna super impreza sylwestrowa.
– 26 stycznia stuknie Ci 45 lat!
– Czas leci… Ale 45 to dla mnie magiczna liczba, to „9”, a dziewiątka to jedna z trzech kluczowych cyfr w moim numerologicznym horoskopie. Tak więc czekam na te 45 jak na zbawienie.
– Rozpoczyna się kolejny nowy rok. Zrobiłeś sobie jakieś postanowienie?
– Nie ukrywam tego, że jestem takim szansonistą estradowym. Nie wstydzę się mariażu z komercją, lubię melodyjne, proste piosenki, nie lubię eksperymentować i zaskakiwać jakimiś nadinterpretacjami. Chcę prosto uderzać ludziom w serca, żeby czuli to, co ja czuję śpiewając piosenki, dlatego marzy mi się utwór, który były przebojem porównywalnym to piosenki „Jedwab” – to artystyczne postanowienie. A osobiste – zejść z wagą do 70 kg, zbudować klatę piersiową no i być… na okładce czasopisma „Men’s Health”!
– W takim razie tego właśnie Ci życzę i dziękuje za rozmowę.


Komentarze
Zależy dla kogo są świetne! dla mnie akurat nie...
zaproscie takze inne gwiazdy,. i z nimi zrobcie wywady.
cekawie sie czyta:)
grał, we Wrocławiu! super koncert ;)
Kobieta też, znaczy przeważnie :)