Rozmowa z Jerzym Kosselą – gitarzystą, wokalistą, autorem tekstów, kompozytorem i pierwszym liderem Czerwonych Gitar
– W styczniu 1965 roku w gdańskiej kawiarni „Cristal” powołana została do życia grupa muzyczna Czerwone Gitary. Był Pan jej pierwszym liderem. Czy to był bardzo burzliwy okres w Pana życiu? Obowiązywała zasada „sex, drugs and rock'n'roll”?
– Myśmy przede wszystkim nigdy nie chcieli być zespołem roc'n'rollowym. Czerwone Gitary miały być popowe, popularne, grające nie dla małej grupy odbiorców, tylko dla ogółu. Dlatego bolało nas, kiedy w pewnym okresie byliśmy nazywani zespołem grającym rock'n'rolla. Co więcej, Czerwone Gitary były przez jakiś czas zespołem bardzo nisko notowanym i wówczas mieliśmy w swoim repertuarze utwory czysto rock'n'rollowe, z tym, że te kawałki nie zostały nagrane, ponieważ były śpiewane po angielsku. Polskie wytwórnie i polskie radio nie były nimi zainteresowane. A odpowiadając na pytanie, to nie, nie szalałem niczym rockman. Miałem tyle zajęć na głowie, tyle telefonów, tyle listów do odpisania na nie, tyle utworów do przećwiczenia. Nie brałem więc udziału w jakichś ekscesach. Ale nie żałuję. Niczego nie żałuję!
– Aż trzykrotnie żegnał się Pan z kolegami z zespołu…
– Szczególnie nieprzyjemne dla mnie było pierwsze pożegnanie [w 1967 roku – przyp. red.], ponieważ traktowałem zespół jak swoje dziecko. Cały swój czas i energię poświęcałem Czerwonym Gitarom. Przez te dwa lata ani razu nie byłem w kinie, bo tyle ważniejszych rzeczy było do zrobienia. Kiedy rozstawałem się po raz drugi, przeszedłem to już bezboleśnie.
– Wrócił Pan jednak do zespołu w 1991, aby znów odejść po dwóch latach. Przyczyną był konflikt z Krzysztofem Klenczonem. Chodziło o różne wizje Czerwonych Gitar, czy była to zwyczajna awantura między dwoma kolegami?
– Powód był nieco głębszy. Zespół Czerwone Gitary miał statut. Ustaliliśmy wcześniej, co komu wolno, a czego nie wolno. Krzysiek te wszystkie zasady wtedy złamał… Nie bardzo wiedziałem, co powinienem zrobić. Miałem dwie możliwości. Mogłem usunąć go z zespołu, ale gdybym to zrobił i wziął na jego miejsce innego muzyka, wówczas nie moglibyśmy do końca życia ze sobą pogadać, bo Krzysiek nie wiedziałby, o co mi chodzi. Kiedy jednak ja zrezygnowałem, wówczas wszystkie zarzuty kierowane pod moim adresem, że robię coś tylko dla siebie i w zespole uprawiam prywatę, zostały ucięte.
– A skąd wziął się Pana pseudonim – Ciamcialamcia?
– Mój kolega perkusista, który później był perkusistą w Niebiesko-Czarnych, uważa mnie właśnie za Ciamcialamcię. Ja rzeczywiście zawsze, kiedy miałem podjąć jakąś decyzję, musiałem się zastanowić, obmyślić jakiś plan. A jego to wnerwiało. Zaczął mnie więc nazywać Ciamcialamcią, a ja, niczym nie zrażony, zacząłem się tak podpisywać.
– Czy spośród przeogromnej ilości koncertów, które zagrał Pan z Czerwonymi Gitarami, któryś wspomina jako szczególnie wyjątkowy?
– Było wiele takich koncertów. Na przykład wystąpiliśmy kiedyś w niemieckim Oberhausen, gdzie przyszło 14 tys. Polaków. Wtedy autentycznie ścisnęło mnie za gardło, jak chyba wszystkich członków zespołu.
– A któryś z trójmiejskich koncertów?
– W zasadzie, niestety, nie gramy w Trójmieście. Poza początkami w sopockim Non Stopie… Trójmiasto chyba nie za bardzo lubi Czerwone Gitary, przynajmniej sądząc po organizatorach. W 2005 roku graliśmy co prawda koncert w Gdyni, ale nie na zaproszenie władz miasta, tylko „Lata z Radiem”. Graliśmy też na Długim Targu w Gdańsku, ale tu znowu z Wielką Orkiestrą Jurka Owsiaka.
– A co sądzi Pan o współczesnej polskiej muzyce popowej? Podoba się Panu?
– Nic o niej nie sądzę, bo jej nie słucham, nie analizuję, nie śledzę na bieżąco. Kiedy przez 15 lat pracowałem w dyskotekach jako DJ, wtedy wiedziałem wszystko – co, kto, kiedy i gdzie nagrał. Słuchałem muzyki po kilkanaście godzin dziennie. Musiałem coś sądzić, wydawać opinie. Przykładowo, jeśli mogłem kupić jedną płytę, a były to dość trudne czasy komunistyczne, i miałem do wyboru sto, wówczas musiałem się znać. Dziś mam więc już lekki przesyt. Muzyki słucham obecnie głównie w radio, kiedy jadę gdzieś samochodem. I co słyszę? Że wszystkie utwory są tak samo skompresowane, mają te same efekty, wszystko na jedno kopyto. Kiedy słucham płyty w domu, a potem w radio, to odnoszę wrażenie, że są to dwie różne płyty. W wersjach radiowych dodawane są pasma, których na płycie nie ma. Te wszystkie poprawki tak bardzo mnie rażą, że nie mogę słuchać. Słuchanie muzyki powinno być przyjemnością, a nie wywoływać u nas reakcję nerwową. Ja natomiast zauważam, że tu jest coś źle skompresowane, tam jest nie takie pasmo, tu jest za dużo tego, tam za mało tamtego...
– Jaka w takim razie muzyka cieszy Pana dzisiaj?
– Cisza...
– Dziękuję za rozmowę.
Jerzy Kossela (właśc. Kosela) – współzałożyciel i członek zespołów Elektron, Niebiesko-Czarni, Pięciolinie i Czerwone Gitary. Skomponował muzykę lub napisał teksty do takich przebojów, jak: „No bo ty się boisz myszy”, „Historia jednej znajomości”, „Matura”. Po kilku rozstaniach, od 1999 roku ponownie w składzie Czerwonych Gitar.
W tym roku Jerzy Kossela został uhonorowany najwyższym odznaczeniem dla zasłużonych twórców kultury – Medalem Gloria Artis, który został mu wręczony przez wicemarszałka województwa pomorskiego Wiesława Byczkowskiego podczas uroczystego koncertu z okazji 50-lecia istnienia zespołu Czerwono-Czarni. Uroczystość odbyła się 23 lipca w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku.


Komentarze