Co roku niektóre osoby (zespoły, firmy, instytucje) działające publicznie odnotowują tzw. wpadki, czyli zachowania nietypowe, śmieszne, bulwersujące, ale także żałosne, głupie i groźne. Wybraliśmy dla naszych Czytelników dziesięć takich wpadek, które miały miejsce w Trójmieście w 2011 roku.
Można by je również nazwać głupstwami, potknięciami, wybrykami i pewnie jeszcze inaczej. Jedne z nich mają charakter konkretnego epizodu, inne są raczej zjawiskami czy procesami. Zapewne można by też uzupełnić tę listę wieloma innymi, lub ułożyć całkiem odmienną. My wybraliśmy taką dziesiątkę „Wpadek 2011 roku”, która wynika z naszej dziennikarskiej pracy, bo każdą widzieliśmy i o każdej pisaliśmy. Oto ona.
„Siejący Zniszczenie”
Nieuwaga? Bezmyślność? Nieznajomość przepisów? Do dziś nie wiadomo, dlaczego kierowca tira transportujący koparkę obwodnicą nie zwrócił uwagi na warunki przejazdu i znaki drogowe. Przypomnijmy: w styczniu na wysokości zjazdu na Straszyn koparka dosłownie wbiła się w most nad obwodnicą. Pechowemu kierowcy grozi kara do 5 lat więzienia. Spowodował nie tylko straty w wysokości 5,5 mln złotych i utrudnienia w ruchu, ale także zagrożenie życia dla innych użytkowników drogi. Kierowca - demolka okazał się katem dla mostu, którego nie dało się po prostu wyremontować, więc został rozebrany i jesienią odbudowany. Pozostaje pytanie: o czym myślał bujający w obłokach kierowca, że te myśli tak skutecznie przesłoniły mu most, w który wjechał jak w obłok mgły? Parafrazując „Tańczącego z Wilkami” nadajemy mu tytuł „Siejący zniszczenie”.
Dobre chęci to za mało
„Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. To stare jak świat powiedzenie znajduje trafne zastosowanie w przypadku ks. Macieja Zięby, dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności. 9,3 mln złotych. Taka kwota, wydana przez ECS, naruszyła ustawę o finansach publicznych. Obchody 30-lecia sierpnia '80 okazały się totalną klęską. Również artystyczną – widowisko "Solidarność. Twój Anioł Wolność ma na imię" Roberta Wilsona skrytykował nawet prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, wcześniej przekonany do kandydatury zakonnika na to tyle odpowiedzialne, co i trudne stanowisko. Winnych nie wskazano. Dyrektorem ECS był wtedy ks. Maciej Zięba, który po klapie spektaklu sam zrezygnował ze stanowiska. Ojciec Zięba jest inteligentnym i dającym się lubić człowiekiem, ale – niestety – te sympatyczne cechy nie przekładają się automatycznie na kwalifikacje menedżerskie i sprawne zarządzanie milionami (złotych, oczywiście).
Nos i tabakiera
Coraz częściej na imprezach organizowanych przez jakieś środowisko, mających skupiać oraz integrować osoby z tego kręgu, ludzie ci są w zdecydowanej mniejszości, a na salonach brylują różnej maści celebryci, „grube portfele” oraz znajomi kolegów. Szczególnie niesmacznej sytuacji byliśmy świadkami na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Otóż lubiana i ceniona aktorka Dorota Stalińska nie została wpuszczona na vipowskie after party… Panowie o byczych karkach, z wyrazem twarzy „inteligentny inaczej”, stojący u wrót owego przybytku twierdzili, że nie mają jej na liście, a znać każdego gościa nie muszą. Nie umknęło naszej uwadze, że na tej liście były za to nazwiska jednorocznych gwiazdek seriali. Czy to przypadek? A może organizatorzy przypomnieli sobie, jak w 2006 roku podczas gali Stalińska wtargnęła na scenę i wytknęła im nieuczczenie ataku na WTC? Chyba nie zrujnowałoby festiwalowego budżetu postawienie kogoś, kto rozpoznałby powszechnie znanych artystów i nie dopuściłby do powstania tak przykrych sytuacji. No, chyba, że na podobnych imprezach nie obowiązuje już zasada „nosa i tabakiery”…
Biało-zielony koszmar
Niewiele klubów piłkarskich ma tak liczne i tak oddane grono kibiców, jak Lechia Gdańsk. Na PGE Arenie zasiada obok siebie trzypokoleniowa publiczność, obok młodych „lwów północy” także ci, którzy pamiętają Korynta, Puszkarza, czy Głownię. Sen o lepszych czasach dla Lechii zdawał się w ostatnich czasach spełniać, bo to i drużyna Lechii grała coraz lepiej, do tego bardzo widowiskowo, no i otwarty został nowy, jeden z najpiękniejszych w Europie, stadion PGE Arena. Wydawało się, że tylko wyciągnąć rękę i europejskie rozgrywki są nasze. Przyszła jednak jesień i sen o potędze prysnął jak bańka mydlana. Drużyna zaczęła grać, najłagodniej mówiąc, fatalnie. Pod koniec każdego meczu lechiści przegrywali pojedynki biegowe, niektórzy wyglądali jakby za chwilę mieli zemdleć, a – co najważniejsze – byli totalnie nieskuteczni. Telewizyjne kamery pokazywały schodzących po kolejnym przegranym meczu piłkarzy Lechii śmiejących się i dowcipkujących. A więc co – znów nic się nie stało? A gdzie gryzienie trawy, walka do upadłego? Lechiści podczas ostatnich spotkań sprawiali wrażenie ludzi, którzy przyszli do pracy, a nie na bój o przetrwanie. Owszem, starali się, biegali, próbowali strzelać, ale nie udawało się. Więc trudno, może następnym razem. Doszło do tego, że jeśli w przerwie zimowej nie nastąpi w klubie prawdziwa rewolucja, to Lechia zamiast grać w Lidze Europejskiej, może spaść z ekstraligi. Byłby to największy zawód i największe rozczarowanie dla dziesiątków tysięcy kibiców z całego Pomorza. Jedno słowo na ocenę tej jesieni – koszmar…
Byczy pat
Czy fakt, że dwóch ludzi ma biegunowo odmienne charaktery, a także odmienne wizje rozwoju swych małych ojczyzn, może mieć bezpośredni wpływ na sytuację w regionie? Otóż może. Spektakularnym przykładem takiego pata jest spór o kształt metropolii gdańskiej, albo nawet o sens jej powoływania. Krańcowo odmienne stanowiska w tej sprawie prezentują prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i prezydent Gdyni Wojciech Szczurek. Niezorientowani sądzą, że to różnica zdań w konkretnej sprawie. Znający bliżej realia trójmiejskie wiedzą jednak, że spór jest wieloletni i głęboki. Inicjatywy, z którymi wystąpi Adamowicz, raczej nie znajdą poparcia Szczurka i odwrotnie. Jeśli Gdańsk rozbudowuje lotnisko w Rębiechowie, to Gdynia lada moment otworzy lotnisko w Kosakowie. Jeśli nowy twór ma się nazywać Gdański Obszar Metropolitarny, to Gdynia do tego nie przystąpi, bo byłaby to wasalizacja tego ambitnego miasta (używamy argumentów stron w tej sprawie). Oczywiście, obaj prezydenci mają swoje obiektywne racje. Jednak fundamentalna różnica poglądów tej kwestii – między dwoma wybitnymi liderami lokalnych samorządów, jednymi z najlepszych w Polsce - blokuje rozwój regionu. Podczas prezentacji książki o metropolizacji autorstwa I. Sagan i Z. Canowieckiego na UG stawili się obaj prezydenci. I drobiazg – ludzie z Gdańska siedli wraz ze swym prezydentem po lewej stronie audytorium, a ludzie z Gdyni wraz ze swoim prezydentem po prawej. Mleko się rozlało i nie jest to już spór między dwoma prezydentami miast, lecz między ośrodkami lokalnej władzy. „Jaka piękna katastrofa” powiedział bohater filmu „Grek Zorba”. My powiemy: jaki piękny, byczy pat…
Prokuratura zamiast medali
W czerwcu oddano do użytku wiadukt w ciągu ul. Uczniowskiej w Gdańsku, wraz z prowadzącymi do niego dojazdami. Kilka miesięcy później drogę tę rozebrano, ruszyła bowiem budowa specjalnego węzła typu „harfa”, który ma usprawnić komunikację ze stadionem PGE Arena. Przebudowę wiaduktu realizował Zarząd Dróg i Zieleni. Za budowę specjalnego węzła komunikacyjnego odpowiadają Gdańskie Inwestycje Komunalne. Kto zawinił? I dlaczego w błoto wyrzucane są pieniądze podatników? Jednych takie niefortunne wydatki niepokoją, dla innych to nie miliardy, a „raptem” 250 tys. zł. Szkoda, że o takich dotacjach wiele instytucji pomocy społecznej może jedynie pomarzyć.
Miasto twierdzi, że błędu przy tej inwestycji nie popełniono. Przebudowa wiaduktu miała zapewnić dojazd do stadionu podczas Euro 2012. Nikt nie przypuszczał, że także przed Euro powstanie węzeł Harfa, który jest elementem Trasy Słowackiego. Termin oddania do użytku wiaduktu na Uczniowskiej wyznaczony był na czerwiec 2011. Kiedy więc w kwietniu 2011 Gdańskie Inwestycje Komunalne ogłosiły przetarg na budowę tzw. Harfy, zaawansowanie prac wiaduktu na Uczniowskiej było już tak duże, że nie dało się ich zatrzymać. W efekcie najpierw zastępca prezydenta Gdańska Andrzej Bojanowski wraz z dyr. ZDiZ Mieczysławem Kotłowskim uroczyście otworzyli „czerwony wiadukt”, a potem drogę dojazdową już mniej uroczyście rozkopano. W rezultacie zamiast informacji o medalach, w świat poszła informacja o tym, że sprawę bada prokuratura rejonowa Gdańsk Wrzeszcz.
W 8 godzin do Warszawy
Prawdziwie gigantyczną wpadkę (może raczej degrengoladę ?) zaliczyła kolej. Przez niemal cały 2011 rok pociągi na trasie Gdańsk – Warszawa pokonywały ten odcinek w czasie 6 godzin. Za tę „przyjemność” w składzie najwyższej kategorii EIC trzeba było zapłacić 127 złotych. Taniej, bo za 61 złotych, można było pojechać pociągiem TLK, ale wtedy nasza wyprawa, często w starych wagonach, wydłużała się nawet do 8 godzin. Nie tęsknimy za PRL-em, ale w tamtych czasach podróż pociągiem ekspresowym do stolicy trwała 3,5 godziny. „Postęp” jest więc porażający. W XXI wieku osiągamy na kolei XIX-wieczne standardy. PKP Intercity, która obsługuje większość pociągów na tej trasie, tłumaczyło, że powodem obecnych kłopotów jest remont torów, który ciągnie się od kilku lat i potrwa aż do 2014 roku. Dopiero wtedy podróż skróci się nawet do 2 godzin i 30 minut. Ale czy kolejarze do tego czasu będą mieli kogo wozić, skoro klimatyzowanym, nowiutkim autobusem linii Polskibus, do stolicy już teraz dojeżdżamy szybciej niż pociągiem, nawet za 25 złotych?
Szczerze nie zawsze znaczy dobrze
Emocje lepiej trzymać na wodzy, niezależnie od okoliczności przyrody. Tym bardziej gdy się sprawuje funkcję zastępcy prezydenta Gdańska. Jeden gorszy dzień i już jest się na ustach całej Polski, niczym bohater telewizyjnego serialu. Ewa Kamińska, wiceprezydent Gdańska (która kilkakrotnie występując publicznie wzruszała zebranych szczerze płacząc) nagabywana przez dziennikarza z TVN-u o szkołę dla niewidomych w Gdańsku nie wytrzymała i powiedziała o nim „Idiota”. Przebieg tej rozmowy zarejestrowała w całości kamera, a wiec wraz z nietypowym epitetem, jakim raczej rzadko obdarzany bywa dziennikarz, szczególnie przy włączonym mikrofonie i pracującej kamerze. Materiał, ku uciesze publiczności, w takiej formie ukazał się w ogólnopolskiej stacji telewizyjnej. Rzecznik prasowy miasta próbował ratować sytuację próbując ofiarnie przyjąć cios na własną klatę twierdząc, że Ewa Kamińska zwróciła się w ten sposób właśnie do niego. Determinacja rzecznika nie wypadła jednak wiarygodnie.
Cała ta sytuacja miała miejsce w momencie, kiedy ruszał ośrodek wsparcia dzieci niewidomych i niewidzących na ul. Jagiellońskiej w Gdańsku, dziennikarz zatem drążąc ten temat, był delikatnie mówiąc, nieprzytomny. Niemniej jednak opozycyjni radni nie omieszkali wykorzystać tej sytuacji i jedną z sesji Rady Miasta zaczęli od prezentacji materiału kompromitującego panią wiceprezydent . W tej sytuacji można się sprzeczać komu bardziej należał się wspomniany epitet. Tym niemniej pani wiceprezydent powinna przyjąć do wiadomości, że szczerość to nie jest kategoria powszechnie stosowana w polityce.
Parówkowym skrytożercom mówimy stanowczo NIE
Do zdarzenia doszło w gdyńskim hipermarkecie TESCO. Kamera namierzyła pracownice, jak podczas pracy zjadły parówkę i dwa ruskie pierogi.
Dziś jedna z nich mówi, że gdyby wiedziała, że za zjedzenie tego cholernego pieroga wyleci z pracy razem z innymi koleżankami, to pewnie już pierwszy kęs stanąłby jej w gardle. Oczywiście, że kobiety są winne, jednak nie chodzi tu tylko o wysokość wymierzonej kary. Nie mamy nic przeciw przestrzeganiu regulaminu i uczciwości pracowniczej, ale świat nie jest czarno-biały i gdyby każdy pracodawca postępował analogicznie do szefa gdyńskiego hipermarketu, to pewnie ogromnie powiększyłoby się, i tak już spore, grono bezrobotnych. Zgodnie z prawem, czyn szkodliwy społecznie w stopniu znikomym nie jest przestępstwem, nawet jeśli wypełnia znamiona czynu zabronionego, a jego sprawcy można przypisać winę. Jak się więc ma do tego parówka i dwa pierogi skonsumowane na konto pracodawcy? Czy to nie za mało, by zastosować zwolnienie z pracy na mocy paragrafu 52, czyli ciężkiego naruszenia przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych? Najwyrazniej gdyński hipermarket TESCO postąpił tak, a nie inaczej zauroczony kultowym filmem Barei „Miś”, w którym też zginęły parówki, a dzielna i pryncypialna załoga, zebrana z tej przyczyny na wiecu, powiedziała jasno: parówkowym skrytożercom mówimy stanowczo NIE!
Gratulujemy!
„Stocznia” osiadła na dnie
31 maja 2011 roku hokeiści Energa Stoczniowca Gdańsk zostali oficjalnie wycofani z rozgrywek Polskiej Ligi Hokejowej. To co najwięksi pesymiści przewidywali od dłuższego czasu, a optymistom nie mieściło się w głowach - stało się faktem. Powodem decyzji – brak pieniędzy. Władze klubu starały się ratować sytuację składając miastu propozycję przejęcia 51 procent akcji w klubie. Zainteresowania nie było, gdyż Stoczniowiec nie chciał poddać się uzgodnionemu wcześniej audytowi, jaki przeprowadzić miały służby miejskie.
Na liczne apele nie zareagowali także potencjalni sponsorzy. Wzajemne animozje i zarzuty o brak zainteresowania trójmiejskim hokejem tylko pogarszały sprawę. Rozgoryczeni, pozbawieni środków do życia hokeiści rozpoczęli poszukiwania nowych pracodawców. Z klubu odeszli reprezentanci Polski: Przemysław Odrobny, Paweł Skrzypkowski i Filip Drzewiecki - dwaj pierwsi trafili do Ciarko KH Sanok, a Drzewiecki, razem z Mateuszem Strużykiem i Szymonem Marcem, przeszli do JKH GKS Jastrzębie.
Popularna „Stocznia”, która jeszcze nie tak dawno z powodzeniem walczyła przy komplecie publiczności o medale mistrzostw Polski - osiadła na dnie. Przynajmniej w wydaniu seniorskim. W hali Olivii walczą już bowiem tylko drużyny juniorskie. A zatem potencjał jest, tylko...nie ma już gdańskiej drużyny na najwyższym szczeblu rozgrywek.



Komentarze
sprawa w sadzie a winnych tego zahybienia niema.
jeszcze gorsze skandale
pewnie co niektore to jeszcze zatajono.
nie sa az tak przerazajace a zas
troche smieszne co niektore.
ze lechia troche sobie poleciala w kulki
miejmy nadzieje ze troszke wezma sie za siebie.