Na początku był chaos, później na siedmiu scenach i w ich okolicach tworzyła się już historia – tak w dużym skrócie można podsumować zakończony na początku lipca Heineken Open'er Festiwal 2010.
Babie Doły, najmniejsza dzielnica Gdyni, już po raz piąty przeżywała prawdziwe oblężenie. Do jej bram zawitały tłumy napaleńców spragnionych muzycznej (i nie tylko) ekstazy. Pierwszego dnia pojawiły się jednak kłopoty organizacyjne – w pewnym momencie zabrakło biletów, zabrakło opasek i, jak powiedziałby klasyk Kononowicz Krzysztof, nie było po prostu niczego. W rezultacie tworzyły się kolejki do kolejek, po to tylko, aby zostać dopuszczonym do następnej kolejki. Niektórzy na wejście na teren festiwalu musieli poczekać nawet kilka godzin...
A później było już po prostu znakomicie – morze najprzeróżniejszej muzyki, sporo doskonałej zabawy, wiele używek i, patrząc na zachowania publiki, całkiem pokaźna liczba przypadków osiągnięcia klasycznej nirvany. W tę już pierwszego dnia wprowadził wielu openerowiczów Pearl Jam – ikona grunge. Pozytywnie „zamietli” również Groove Armada, zespół, który występował już na Heinekenie. Wtedy jednak swoje elektroniczno-housowe kawałki grali przy akompaniamencie wielkich strug deszczu – w tym roku jednak pogoda dopisywała przez cały festiwal.
Co jeszcze? Świetnych zespołów było bardzo dużo, niektóre grały w tym samym czasie na różnych scenach. Trzeba więc było szybko się decydować i jeszcze szybciej przemieszczać. Piszącemu te słowa szczególnie zapadły koncerty zespołów: Yeasayer (chillout w najlepszym wykonaniu), Mando Diao (Beatlesi wciąż żyją!), Massive Attack (bez komentarza), Psio Crew (house i hip hop w wykonaniu górali? To trzeba zobaczyć!), Pavement (nostalgiczny nieco indierock), Skunk Anansie (wokalistka rzucająca się w tłum ludzi), Kasabian (trąbka... i nie tylko), Hot Chip (muzyka do tańca, nie do różańca) i The Hives (wykonawcom udało się posadzić „na tyłkach” kilkudziesięciotysięczny tłum). Na szczególne wyróżnienie zasługuje koncert Fatboy Slim. Taka dawka energii pod sceną nieczęsto się zdarza. Podobnie jak pogowanie przy tego typu muzyce i spadający z nieba, wędrujący po rękach publiczności, ludzie.
Każdy z rzeszy openerowiczów ma oczywiście inne oceny, innych faworytów, inne rozczarowania, całkiem inne wspomnienia. Jeden z nich podsumował imprezę krótko: „Jeżeli mówi się, że każdy z nas ma jakieś momenty, dla których warto żyć, to, k.., Open'er jest dla mnie właśnie takim momentem”.
Następny „taki moment” już za rok...

