– Kolejarze dali nam słupki, z których zrobiliśmy bramki. Było też miejsce do skoków w dal i dwa boiska do siatkówki się zrobiło – wspomina Wacław Strakowski, wyjątkowy nauczyciel i wychowawca młodzieży. W oczach swoich podopiecznych stał się autorytetem i drogowskazem życiowym, bo uczył jak żyć.
Urodził się w 1939 roku w Nowogródku na Litwie. Tam spędził swoje wczesne dzieciństwo, po czym koleje losów rzuciły go wraz z rodziną do miejscowości Dobrzany, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej. Były to ciężkie powojenne czasy, wtedy jeszcze bardzo niebezpieczne z racji pozostawionych niewybuchów.
– Wszędzie walała się masa karabinów, hełmów. Można było wdepnąć na minę. Wielu moich kolegów straciło życie lub zostało okaleczonych – ściszonym głosem relacjonuje pan Wacław. – Wraz z kolegami mieliśmy to szczęście trafić na wspaniałych nauczycieli, pod których okiem w pracowni mogliśmy robić sobie zabawki. Tak miejsce prawdziwych pistoletów, zajęły te z drewna. Wiele im zawdzięczamy, wychowawcy potrafili rozbudzić w nas zainteresowanie sportem, zaszczepili w nas pasje do odkrywania świata! To było pożyteczne spędzanie czasu wolnego, oczywiście również wspaniały wypoczynek. Nie było czasu na głupstwa. Byliśmy rozbrykanymi dziećmi, każdy dzień to nowa przygoda, nowe odkrycie…
Nigdy nie tracił entuzjazmu
Po zdanej maturze w LO w Elblągu, Wacław Strakowski postanawia rozpocząć naukę na Studium Nauczycielskim WF w Gdańsku-Oliwie. Tutaj rozwija swoje predyspozycje dydaktyczne, zdolności, które później okażą się niezwykle przydatne w pracy z trudną młodzieżą. Niebawem po ukończeniu nauki powraca do Elbląga, tym razem już w roli pedagoga. Tu rozpoczyna pracę, zdawałoby się niełatwą, bo w zakładzie wychowawczym, jednakże dzięki wrodzonej, wręcz anielskiej cierpliwości, zjednuje sobie wychowanków.
– Często słyszałem „Pan nie da rady! Szkoda czasu, ten chłopak to łobuz” – na chwilę zawiesza głos. – Dlaczego miałbym nie dać rady? To byli wspaniali młodzi ludzie – wypowiada te słowa, uśmiechając się od ucha do ucha.
Bez wątpienia wierzył im. W Elblągu poznaje swoją przyszłą żonę, także nauczycielkę. Razem szukają dla siebie większego mieszkania i pracy, oczywiście związanej z kształceniem i wychowaniem, które traktują nie jako zawód, ale swoje powołanie życiowe. Kolejne lata, od 1964 roku, związane są z pobytem w Wejherowie, gdzie utalentowany społecznik znajduję pracę w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 1. Nigdy nie zapomniał o sporcie, w 1977 roku jako nauczyciel wychowania fizycznego przenosi się do Szkoły Podstawowej nr 9. Zawiązuje się więź, która niezwykle trwale łączy pana od w-f z uczniami. W społeczeństwie daje się poznać jako świetny animator czasu wolnego oraz organizator wycieczek. Niestety, nieubłaganie nadchodzi czas emerytury…
Spotkania w piwnicy
Na emeryturze czas płynie niezwykle powoli, zbyt wolno dla człowieka, który większość życia spędził w ruchu. Na prośbę byłych uczniów inicjuje spotkania, które początkowo odbywają się …w piwnicy.
– Tam, mając trochę sprzętu sportowego, częstokroć robionego przez nas samych (hantelki, materace czy piłki), trenowaliśmy. Niesamowita historia, dzieliliśmy się wtedy na grupy wiekowe, tylu było chętnych. Jaka musiała być moja słabość, skoro nie mogłem się opędzić od tej młodzieży – wspomina społecznik. Żona nie raz gniewała się i mówiła „słuchaj, obiad trzy razy odgrzewałam, miałeś być na czternastą, ja czekałam”. Nie mogłem ich zostawić, byłem ich opiekunem – rozczula się pan Wacek.
To było coś więcej niż opieka czy miło spędzany czas wolny, to wychowanie młodego człowieka, który często potrzebował wsparcia w dorastaniu. Jak się później okazało, był to dopiero początek pięknej historii…
Spartanie, za mną!
Szukali wtedy większego pomieszczenia dla prężnie rozwijającej się grupy, która przyjęła dumną nazwę „Spartanie”. O zdobycie nowego lokum nie było łatwo, ale i tym razem się udało. Siedziba mieściła się w budynku Sekcji Drogowej PKP, przy ulicy Kwiatowej. Wszystko układało się w całość.
– Chłopcy zobaczcie, dostaliśmy czajnik, jest prąd, mamy dwa pokoiki, które trzeba urządzić, wyremontujemy je. Damy radę! – wspomina swoje słowa pan Strakowski.
I tak było. Wspólnie z chłopakami dbał między innymi o „wejherowskie Powązki” jak zwyczajowo mówi się na stary cmentarz, w doskonały sposób łącząc lekcje historii z pracami porządkowymi. Dzisiaj niezwykle miło wspomina swoich „Spartan”, ciepło wypowiada się o każdym podopiecznym, z którym miał okazję się spotkać. Młodym, często zagubionym ludziom dawał nadzieję na lepsze jutro oraz wiarę w zwycięstwo nad słabościami. Wszak każdy z nas w życiu ma swoje Termopile…


Komentarze
Właściwie nic trudnego. Ja tam mam ich mnóstwo i czasu nie znajduje