W czasach, gdy boks obok piłki nożnej był dyscypliną narodową, należał on do jednych z najtwardszych w tej dziedzinie. Trenował i walczył z najgroźniejszymi rywalami nie tylko z Polski, ale i ze świata. Został uznany za najlepszego zawodnika wagi papierowej w historii naszego boksu. Jak trzeba było się bić, to bił szybko i celnie…
Gdy chce się być w czymś dobrym, trzeba mieć po pierwsze talent, a po drugie być pracowitym. Hubert Skrzypczak spełniał oba te wymogi w stu procentach. Sport od zawsze był blisko niego, odgrywał szczególną rolę w jego młodym życiu. Jak wszyscy w jego wieku kopał piłkę na podwórku. Na karierę zawodową nie miał jednak co liczyć. Warunki fizyczne uniemożliwiały mu zostanie piłkarzem.
– Byłem za mały żeby grać w piłkę na poważnie (157 cm wzrostu), ale ze sportu nie zrezygnowałem – zauważa Pan Hubert. – Pojawiłem się na treningu bokserskim i…tak to się zaczęło. Trenerzy widzieli we mnie talent.
Jako zawodnik Gryfa Wejherowo walczył 200 razy i wszystkie walki wygrał. Należy pamiętać, że były to czasy, kiedy świetnych zawodników nie brakowało, także w grodzie Wejhera. Żeby zaistnieć w tym sporcie – trzeba było uderzać szybciej, mocniej i celniej niż pozostali…
Prawy prosty
Naszedł moment, gdy trzeba było oddać krajowi zaszczytną przysługę. W 1963 roku Pan Hubert został wcielony do wojska, w Bydgoszczy. Tam jego błyskotliwa kariera nabrała rozpędu. Na treningach II ligowej Zawiszy daje z siebie wszystko. Pozyskuje doświadczenie, robi olbrzymie postępy. Złotego środka na sukces nie było.
– Praca! Jeszcze raz praca! Nikt nie musiał mnie poganiać – ocenia siebie pięściarz – Byłem tak zwanym „fighterem”, sporo atakowałem, miałem świetną kondycję. Oczywiście bardzo ważna jest technika. Wszystko musi być robione z głową. Wylane litry potu na sali treningowej po krótkim czasie owocują.
I to jak.
Kuba, bo taki przydomek dostał nasz sportowiec, tym razem z „orzełkiem” na piersi melduje się na Mistrzostwach Europy w Berlinie. Między linami ringu poczyna sobie na tyle dobrze, ze trafia do finału. Tam niestety musi uznać wyższość reprezentanta RFN Johanna Freistadta. Nie daje na długo zapomnieć o sobie swoim rywalom. W tym samym roku zdobywa również swoje pierwsze wicemistrzostwo. Wyczyn powtarza w latach: 1966, 1968, 1969 1971. Był to niewątpliwie okres jego dominacji w polskim boksie. Tytuł Mistrza Polski przypadł mu raz, w roku 1970. Dobra passa trwa… Kuba bije się dalej.
Cudowne dzieci Feliksa Sztamma
Nawet największy talent potrzebuje przysłowiowej „obróbki”. Do tego, aby brylant stał się diamentem, potrzebny jest prawdziwy rzemieślnik. Tego zadania podjął się Feliks „Papa” Sztamm. Sportowiec wspomina go niezwykle ciepło, co sugeruje wielką wieź łączącą obu panów.
– Feliks Sztamm to był człowiek z zasadami. Nie będzie już takiego drugiego – mówi z nostalgią – Miał nosa. Potrafił tak ustawić skład, aby zawsze „coś przywieźć”. Zawsze był medal, nierzadko złoty.
Skrzypczak musiał być nie tylko pojętnym uczniem, ale i odpowiedzialnym człowiekiem. Trener darzył go niezwykłym zaufaniem.
– Jako jedyny zawodnik kadry byłem puszczany z Cetniewa do domu, na sobotę i niedzielę. Chociaż było kilku chłopaków, co mieli również blisko – opowiada dumnie Pan Hubert – Wierzył mi, wiedział, że nie będzie ze mną żadnego problemu.
Problemów nie było. Były za to kolejne zwycięstwa.
Nadchodzi rok 1967 i kolejne Mistrzostwa Europy, tym razem w Rzymie. Jak zwykle, zjawiają się najlepsi pięściarze reprezentujący kraje Starego Kontynentu. Wśród nich – Hubert Skrzypczak. Zawodnik znad Wisły nie daje rywalom żadnych szans. W drodze do finału rozbija Rosjanina Piotra Gorbatowa, by w finale zwyciężyć jednogłośnie nad Rumunem Constantinem Ciucą. Mimo, że nasz zawodnik stanął na najwyższym stopniu podium, nie usłyszał upragnionego hymnu narodowego.
– To było przykre zdarzenie – wspomina pięściarz – Nie zagrano mi Mazurka Dąbrowskiego, na który tak czekałem. Wtedy miałem łzy w oczach.
Meksyk 1968
Mieliśmy piekielnie silną i wyrównaną drużynę na igrzyska. Era polskiego boksu zapisywała się właśnie w historii krajowego sportu złotymi zgłoskami. To czas, kiedy gięły się kolana rywali z całego świata pod gradem ciosów „naszych” chłopaków – podopiecznych „Papy” Sztama. Niejeden kibic, również w dzisiejszych czasach, jednym tchem potrafi wymienić takie nazwiska, jak Kulej, Grudzień, Pietrzykowski czy właśnie Skrzypczak.
Zbliżała się „wielka impreza”, przygotowania szły pełną parą. Na Igrzyska Olimpijskie w Meksyku zrzuca wagę, aby dobić do przewidywanych 48. kilogramów. Utrata masy powoduje spadek siły i formy. W półfinale przegrywa z Koreańczykiem Jee Yong-Ju. Dzielny wejherowianin dochodzi bardzo wysoko, zdobywa brązowy medal. Osłabiony organizm nie pozwolił na więcej. Wraca z tarczą, w jego ręce znajduje się brązowy krążek. Powraca do domu jako prawdziwy wojownik. Jak sam mówi, recepta na walkę jest prosta.
– Tu zależy wszystko od zadania ciosu szybko i celnie. Refleks! – zdradza swój sekret „Kuba” – Każde „pójście na deski” to wstrząs mózgu. Celnie uderzyć i odskoczyć. I tyle.
Dzisiaj, jeszcze pełen wigoru starszy Pan, z iskrą w oku wspomina minione lata. Chciałby widzieć nasze miasto zaangażowane w służbie propagowania sportu – jego zdaniem byłaby to dla Wejherowa świetna promocja.
Dlaczego warto pamiętać o takich ludziach jak on? Ludziach z pasją, z iskrą w oku… Może dlatego, że lepszych nie widać.


Komentarze
Teraz już nie ma, może zamienić go na "walczacza"...