Pamiętam „Złoty Ul” od dzieciństwa z lat 50. To tutaj z rodzicami pojawiałem się w każdy weekend na kawę, herbatkę i dobre ciastka (szarlotki, serniki, wuzetki) i lody śmietankowe z bitą śmietaną i dodatkami. Tu spotykaliśmy się z wujkami, ciotkami i znajomymi mamy i taty.
„Złoty Ul” słynął wtedy z przyrządzanej na kilkanaście sposobów kawy i niesłychanej atmosfery. Być w Sopocie i nie zajrzeć do „Ula” to nie mieściło się w głowie.
Instytucja i klub
Samo centralne położenie i prawie absolutny brak konkurencji spowodowały, że miejsce to stało się najpopularniejszą kawiarnią w Polsce. W sezonie była oblegana i godzinami czekało się na miejsce, no chyba że był układ z kelnerem bądź właścicielami.
Kawiarnia była rodzajem instytucji i klubu.
Tutaj zawierało się znajomości, spotykało się notabli, gwiazdy filmu, estrady, mediów i robiło się „wielkie interesy”. Swoje stoliki mieli zacni mecenasi, lekarze, ludzie „ówczesnego biznesu” (np. cinkciarze, właściciele sklepów kolonialnych czy panienki do towarzystwa) i etatowi pracownicy UB dokumentujący historię sopockiej i przyjezdnej społeczności, którą obecnie możemy odtwarzać w IPN.
Przy wejściu od „Apteki” była szatnia i punkt kontaktowy. Cała kawiarnia składała się z 6 pomieszczeń, które spełniały różne role. Ja najbardziej pamiętam z okresu studenckiego słynny „tramwaj” na pięterku, gdzie chodziło się na wagary lub randki. Tego miejsca już nie ma, ale zbudowano w tym miejscu eleganckie toalety. Dzięki wielu zakamarkom można było się idealnie schować przed gapiami. Ważną rolę odgrywał też fortepian, na którym grali studenci z Wyższej Szkoły Muzycznej, ale i gwiazdy estrady.
Autografy przy kawie
Bardzo często w okresie Festiwalu Piosenki zdobywało się pod „Złotym Ulem” autografy wpadających tam na kawy i spotkania z przyjaciółmi gwiazd i VIP-ów.
Wizytówką kawiarni był taras, który służył jako punkt obserwacyjny, element szpanu, miejsce zapraszania atrakcyjnych wczasowiczek szukających wrażeń bądź sposób na wakacyjny romans. W tamtych czasach to było takie jedyne miejsce na Monciaku. Pełna kontrola wchodzących na słynny deptak, wracających, udających się na koncerty w Operze Leśnej lub po prostu nad dworzec kolejki elektrycznej. Z tego punktu można było też zorientować się, kto, ile razy i dlaczego pokonuje trasę góra–dół. To było również miejsce jedynego i nieustającego pokazu mody i urody, przystanek dla udających się do kin, teatrów, na molo, plażę czy korty tenisowe.
Dla mnie była tutaj przyspieszona szkoła show businessu. Pierwsze spotkania z członkami zespołu Czerwonych Gitar, Polan, Czesławem Niemenem, Niebiesko-Czarnymi. W te arkana wprowadzał mnie nieżyjący już 18-letni wówczas najmłodszy impresario (wtedy kierownik zespołu Czerwone Gitary i jeden z zawiadujących klubem Non Stop), mój sąsiad – Andrzej Smereka, późniejszy manager festiwalu w Sopocie i Opolu, impresario Maryli Rodowicz, Czesława Niemena i wielu innych gwiazd.
Kultowy taras
To tutaj „królował” jeden z legendarnych postaci Sopotu, słynny George Kanada, na którego opowieści załapywały się setki panienek każdego roku. Często przystawał przy tarasie, mający teraz już w pobliżu swój pomnik, Czesio „Parasolnik”, który swoim ubiorem i zachowaniem przypominał Charlie Chaplina.
Pisała o nim cała Polska i każdy chciał mieć z nim zdjęcie. Kiedyś pierwszy taras nie miał zadaszenia, potem zbudowano konstrukcję w kształcie plastrów miodu. Aż wreszcie postanowiono zabudować taras, dobudowując całkiem nowy z przestrzennymi parasolami. W ten sposób poszerzono kawiarnię i jeszcze bardziej wkomponowano ją w słynny deptak. W ostatnich latach był to lokal raczej zamknięty dla przeciętnego zjadacza chleba czy dla całych rodzin. Przychodziła tu raczej elita.
W tym roku, obecny dzierżawca lokalu postawił na nowego operatora, który przekonał go, aby przywrócić dawny blask „Złotego Ula”, a przede wszystkim wyjść naprzeciw mieszkańcom naszego miasta, ich rodzin, przyjaciół. Kawiarnia i restauracja będą ogólnodostępne. Gospodarze zwrócili się o pomoc i konsultacje w sprawie wystroju wnętrza do Muzeum Miasta Sopotu i Fundacji „Sopockie Korzenie”.
Pragną przypomnieć secesyjne klimaty miasta i odtworzyć historie osobistości bywających przez lata w „Złotym Ulu” poprzez organizacje wystaw, wernisaży, spotkań autorskich. Jak zapewniają, zrobią wszystko, aby stworzyć ciepłą, rodzinną atmosferę. Zamierzają również zadbać o naszych milusińskich, aby też mieli tu swoje niezapomniane atrakcje, nie tylko kulinarne. Studenci też mogą liczyć na szacunek i zrozumienie.
Z Radomia do Sopotu
Nad rodzinną atmosferą czuwać będą Bartek i jego narzeczona Agata z rodzicami, którzy mają wieloletnie doświadczenie w gastronomii. Posiadanie restauracji i zamieszkanie razem nad morzem było ich wspólnym marzeniem od lat.
Zakochali się w Sopocie i tu postanowili się osiedlić na stałe. Oboje pochodzą z Radomia. W tym roku postanowili przedstawić te plany rodzicom Agaty . Bez wahania zdecydowali się na ich koncepcje i przyjechali ich wspomóc swoim doświadczeniem. Marzenia się spełniają.
Plan jest taki, aby menu było dla każdego i na każdą kieszeń. Stawiają przede wszystkim na tradycyjną polską kuchnię z pysznymi przysmakami w domowym i w babcinym wydaniu. Nie może zabraknąć własnoręcznie przygotowanych pierogów, żeberek, golonki, schabowego w panierce i takich deserów z jakich słynął „Złoty UL” w przeszłości.
Przyjazną atmosferą, specjalnie wyszkoloną męską obsługą, jakością wyrobów gastronomicznych chcą pokłonić się sopocianom i rzeszom turystów odwiedzających nasz światowy kurort.
Piszę ten materiał już po degustacji, niebo w gębie, a pierożki palce lizać.
Nie wierzycie to spróbujcie.


Komentarze
Życzę obecnym i przyszłym bywalcom aby odczuli tę specyficzną atmosferę Ula,
Pełne uznanie dla "przystojnej obsługi"!!!!