Widzowie, którzy chcieli kupić bilety na wypatrzone przez siebie seanse, często musieli odejść z kwitkiem, a na pokazy plenerowe przychodzić dużo wcześniej, żeby móc obejrzeć film na tarasie Atelier. Tegoroczny Sopot Film Festival cieszył się bowiem ogromnym zainteresowaniem.
Sopot Film Festival w tym roku świętował dziesięciolecie i trzeba przyznać, że słowa uznania należą się organizatorom za dobór repertuaru. Zespołowi organizacyjnemu udało się pozyskać filmy, które docenione były na takich festiwalach, jak Sundance, Berlinale, Cannes, Toronto, Sitges i Fantasporto, a w większości do tej pory jeszcze nie pokazywane w Polsce.
– Z myślą o osobach, które nie mogły dostać się na letnie seanse, zorganizujemy jesienią replikę festiwalu – zapewnia Michał Grubman, dyrektor Sopot Film Festival.
Przekrój pokazywanych filmów był olbrzymi – mogliśmy oglądać kino azjatyckie, latynoamerykańskie, filmy dokumentalne, groteskowe komedie czy surrealistyczne thrillery, ale również obrazy będące fuzją kina artystycznego i metafizycznego.
Podczas festiwalu pokazane zostały również trzy pełnometrażowe animacje: „Metropia” Tarika Saleha, którego projekcja zamknęła festiwal, „Mary&Max” Adama Elliota, który zdobył II miejsce, i „Fantastyczny Pan Lis” Wesa Andersona, który wygrał plebiscyt publiczności. Co ciekawe, przez większość dni festiwalowych w czołówce plasowała się „Służąca” w reżyserii Sebastiána Silvy, która w rezultacie, jak widać, znalazła się poza podium.
Faworytem zaś Michała Grubmana był film „Moon” Duncana Jonesa, a jego niskie noty w plebiscycie Grubman tłumaczy, nieco żartobliwie, zbyt wysoką temperaturą. Fala upałów spłynęła na nas właśnie podczas trwania festiwalu, ale czy rzeczywiście odbijało się to na ocenie oglądanych obrazów? Faworytem piszącej te słowa był obraz „Chinka” w reżyserii Xiaolu Guo, który również nie zdobył nagrody publiczności.
Organizatorzy Sopot Film Festival, dokonując selekcji, wybierają kino fantastyczne, w tej kategorii umieszczając nie tylko science fiction, horror czy fantasy, lecz również takie, w których króluje groteska i surrealizm.
Jak widać, nowa formuła festiwalu sprawdziła się i przypadła do gustu publiczności. A trzeba przyznać, że szukano jej dość długo – najpierw na festiwalu pokazywano polskie filmy niezależne, wkrótce rozszerzono konkurs o międzynarodowe filmy krótkometrażowe, w ubiegłym roku przeniesiono festiwal z jesieni na wakacje, ubogacając repertuar o ambitne, pełnometrażowe filmy, goszczące na festiwalach światowych i zdobywające na nich nagrody i wyróżnienia.
Wojciech Fułek, wręczając organizatorom festiwalu nagrodę Gryfa Pomorskiego, podkreślał, że festiwal ten powstał dzięki pasji. I tak rzeczywiście jest, ponieważ stworzyli go i tworzą pasjonaci na co dzień związani z innymi dziedzinami.

