46 centymetrów i 2080 gram tyle mierzyła i ważyła po narodzinach Kinga Jakubowska z Pruszcza Gdańska. Niby nic nadzwyczajnego. Ot narodziny dziecka. Jednak ten poród mama Małgorzata, jej rodzina i bliscy, zapamiętają na całe życie.
Małgorzata i Krzysztof Jakubowscy w sierpniu obchodzili 10. rocznicę ślubu. Przez wiele lat starali się o dziecko. Bez skutku. W końcu otrzymali radosną wiadomość, że Gosia jest w ciąży. Mąż – zawodowy żołnierz - wyjechał na misję do Afganistanu. Żona została sama, a tuż przed wyjazdem zdecydowali się na kupienie domu. Związane z tym wszystkie obowiązki spadły na nią. Każdy krok – kupno drzwi, podłogi, parapetów do ich wspólnego gniazdka konsultowała jednak z mężem na gg. Do porodu, który zaplanowano na początek lutego, zostało już niewiele, ale nikt się nie spodziewał, że stanie się to 12 grudnia.
Informacja niczym piorun z jasnego nieba
Los tak sprawił, że niżej podpisany ma zostać ojcem chrzestnym dziecka.
Kiedy pracowaliśmy nad grudniowym wydaniem gazety, ok. godz. 12.30 zadzwoniła do mnie Zosia (świadek ze ślubu Jakubowskich).
- Gosia urodziła w domu. Jedzie teraz karetką do szpitala. Jej mama już ruszyła do Gdańska – mówiła zdenerwowana.
Niemal w tym samym momencie na gg odzywa się Krzysiek Jakubowski. Pisze, że dostał sms-a „mamy córkę, rodziłam w domu, jadę do szpitala”.
- Pisz co wiesz! Jestem tak zdenerwowany, że nie wiem co robić. Nie mam żadnych informacji. Co z dzieckiem? Idę zapalić – pisał. – Dowiedziałeś się w czegoś w końcu? Idę zapalić…
W tym samym czasie zadzwoniłem do Beaty Groth, dyrektor pogotowia w Pruszczu Gdańskim. Dowiedziałem się, że matkę z dzieckiem zabrano do szpitala w Gdańsku, prawdopodobnie na Zaspie. Wszystkie nowe wiadomości kierowałem oczywiście za pośrednictwem gg do Afganistanu. Zadzwoniłem w międzyczasie do pani Teresy, która z niewielkiej wsi pod Radzyniem Chełmińskim spieszyła już samochodem do córki. Zapłakanej i zdenerwowanej wytłumaczyłem gdzie się spotkamy.
Myśli nie dawały spokoju
Wydawało się więc, że znam miejsce, do którego zwieziono panie Jakubowskie. Zadzwoniłem więc do szpitala na Zaspie, ale tam nikt nie słyszał o nowych pacjentach. Na jednym z oddziałów pielęgniarka pomyliła nazwiska i zamiast zapytać o Jakubowską zapytała lekarza o Lubańską. Kobiety z dzieckiem o jednym i drugim nazwisku też tu nie było. Zdenerwowanie było coraz większe, spotęgowane brakiem informacji o stanie zdrowia dziewczyn. Ręce ze zdenerwowania drżały jak u „doświadczonego” alkoholika. Informacji nie było żadnej. W głowie kotowały się różne myśli. Sam się pytałem „ile można jechać w środku dnia z Pruszcza na Zaspę” – wiem doskonale, bo często przemierzam tą trasę. Tym razem nie wiedziałem.
- I co, wiesz coś nowego? – pyta mój przyjaciel z Afganistanu.
- Nic.
W tym samym momencie dzwoni telefon. Gosia… kilkanaście minut po przyjeździe do szpitala.
- Czy to takie wielkie wydarzenie, że urodziłam w domu? – pyta. – Napisz Krzyśkowi, że leżę przy Klinicznej. Mała leży w inkubatorze, wszystko jest dobrze. Jedź do mojego mieszkania i spakujcie mi rzeczy. Zaraz będzie tam moja mama. Widzisz, do czasu przeprowadzki już dojdę do siebie i pomogę wam – żartowała Gosia.
Przygoda z policjantami i rozmowa z noworodkiem
Pod domem w Pruszczu Gdańskim czekała już na mnie jej mama.
- W okolicach Dolnej Grupy, tuż przed wjazdem na autostradę za przekroczenie prędkości zatrzymała nas policja. Ze łzami w oczach powiedziałam, że córka urodziła sama w domu, a zięć jest w Afganistanie. Policjanci nie dali żadnego mandatu, poprosili tylko o bezpieczną dalszą podróż – opowiada na powitanie o przygodzie.
Razem pojechaliśmy do szpitala na Kliniczną. W niewielkiej salce nr 4 znaleźliśmy świeżo upieczoną mamę. Z uśmiechem na ustach zaczęła opowiadać.
- Późnym rankiem zaczęło mnie boleć. Zadzwoniłam do swojego lekarza, który poinstruował mnie, że jak bóle się powtórzą to mam dzwonić po karetkę. Po niedługim czasie musiałam iść do łazienki. I wtedy, zupełnie niespodziewanie urodziła się Kinga. Prawie nic nie czułam, że to już. Nic mnie nie bolało. Wytarłam papierowym ręcznikiem jej twarz i oczy. Otworzyła lewe oko. Wtedy powiedziałam do niej „co się tak patrzysz?”. Rozmawiałam z nią. Po raz pierwszy w swoim życiu Kinga dostała reprymendę, że się pospieszyła z porodem – z uśmiechem i radością w oczach opowiada swój poród. – Zawinęłam małą w ręcznik i poszłam do sypialni położyć się na łóżku. Zadzwoniłam po pogotowie i do mamy, powiedzieć, że urodziłam. Przyjechało pogotowie, otworzyłam im drzwi.
- … i jeszcze może zaproponowałaś, że zrobisz im kawę – przerwałem opowiadanie Gosi.
Nie będzie sama na święta
- Nie zapytałam o to. Ratownicy zajęli się Kingą. Spakowałam torebkę, zabrałam telefony komórkowe, zamknęłam drzwi na klucz i poszliśmy do karetki (z drugiego piętra) – kontynuuje. – W karetce już sobie żartowaliśmy. W pewnym momencie straciła orientację. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie jesteśmy, ale jak zaczęły się dziury, to wiedziałam – Trakt św. Wojciecha. Podróż do szpitala miałam wesołą. Ktoś zapytał: musiała pani tak szybko rodzić? Przecież to nie ja zaczęłam. To Kinga. Urodziłam i teraz mamy z górki.
Emocje opadały dopiero podczas powrotu do domu. W międzyczasie Gosia odebrała dziesiątki telefonów. Nikt nie wierzył, że sama urodziła w domu.
- I powiedz, jak ja mam być słaba? Ja muszę być silna, bo inaczej nic by z tego nie wyszło – napisała do mnie na koniec dnia mama Kingi.
Brak słów, żeby ocenić zachowanie Małgosi. Rodzina Jakubowskich dopiero za kilka miesięcy będzie w komplecie. Krótko po nowym roku mama z małą Kingą chcą się już wprowadzić do nowego domu, gdzie będą czekały na powrót męża i taty z Afganistanu. Kinga przyszła na świat tak szybko, bo chciała żeby jej mama nie była sama na święta.
Krzysztof Ficek, ratownik pogotowia w Pruszczu Gdańskim
- Trzeba powiedzieć, że młoda matka miała dużo szczęścia. Poród odbył się bez żadnych komplikacji. Poza tym na bazie był tylko jeden zespół ratowniczy, gdzie akurat dyżur pełnił lekarz ginekolog. Pacjentka zachowała się wzorowo. Widać, że była przygotowana do macierzyństwa. Trzeba pochwalić jej zachowanie, bo zaraz po porodzie zapewniła dziecku ciepło. Często zdarza się, że zapomina się o tym. Pani Gosia była w lekkim szoku, bo przecież nie co dzień zdarza się taka sytuacja. Pacjentka była bardzo rozważna. W karetce podaliśmy dziecku tlen. Mała zaczęła gaworzyć. Rozmawialiśmy na różne tematy, żeby rozładować sytuację. Pamiętajmy, że poród nie dobiegł do końca i pewne zagrożenia zdrowia jeszcze istniało. Życzyć sobie tylko można, aby wszystkie mamy zachowywały się przy porodzie jak pani Jakubowska.


Komentarze
Zgadzam się w pełni z tym komentarzem. Czy ten emocjonalny artykuł ukazał się też na jakiejś czołówce gazety? Bez przesady, panie Lubański, bez przesady.