W wigilię Bożego Narodzenia spotykamy się z rodzinami przy świątecznym stole. Jak nakazuje tradycja, zostawiamy przy tym stole jedno puste nakrycie. Dla niespodziewanego gościa. Czy jednak jesteśmy gotowi na taką wizytę?
Święta spędzamy w domu. To takie naturalne i nie do podważenia. Wydaje się też, że to coś najbardziej oczywistego w świecie. Jedziemy do domu po pracy, po lekcjach. Wyjeżdżamy na wakacje i wracamy z nich do domu. Dom to miejsce konkretne: cztery ściany, sufit, meble, pamiątki na półkach i rodzinne zdjęcia w ramkach. Dom to też pojęcie duchowe, z którym kojarzymy poczucie bezpieczeństwa, schronienia, zrozumienia. Dla większości z nas, jest ono tak codzienne, że być może nawet się nad tym nie zastanawiamy. Dla kogoś innego rodzinny dom, we wszystkich jego wymiarach, może być nieosiągalnym luksusem.
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że z jakichś powodów jednak nie mamy dokąd wracać, że nie mamy domu rodzinnego, ani żadnego innego. Wówczas skazani jesteśmy na pomoc innych ludzi, na czyjąś dobroć, a czasem łaskę. Idziemy ulicą i nasza droga nie ma określonego celu. Że stajemy się ludźmi znikąd. Że jesteśmy, ale jakby nas nie było. Nikt się o nas nie upomina.
„Zbieg niefortunnych okoliczności” – tak najogólniej przyczyny bezdomności podsumowuje pani Monika Strugała, wiceprezes Gdańskiej Fundacji Kultury Chrześcijańskiej im. Św. Brata Alberta. Faktycznie, choć może trudno w to uwierzyć, przy „zbiegu niefortunnych okoliczności” bezdomnym może stać się każdy z nas. I może uświadomienie sobie tego, uwrażliwi nas na pomoc tym, którzy mieli w życiu mniej szczęścia od nas.
– Przez naszą placówkę, przez dwadzieścia lat jej działalności, przewinęły się wspaniałe osoby. Byli lekarze, artyści, absolwenci paryskich uczelni, ludzie mający po kilka fakultetów, znający języki, biznesmeni.. Czasami trzeba przyjrzeć się głębiej jakiejś sprawie, bo wybitne jednostki, które znalazły się w środowisku ludzi bezdomnych, mogą umknąć naszej uwadze – mówi pani wiceprezes.
Historia uczy nas, że wielu wybitnych ludzi kończyło swoje życie w przytułkach, a ich dorobek i prawdziwy życiowy format doceniano dopiero po śmierci. Wystarczy przypomnieć sobie biografię Norwida. Dziś uznany za jednego z najważniejszych polskich pisarzy, za wieszcza, o którego dorobku uczy się w szkołach, większość życia spędził w nędzy, umarł zaś w Domu św. Kazimierza na przedmieściu Ivry, na peryferiach Paryża. Zupełnie innym przykładem, może bardziej przemawiającym do ludzi młodych, może być przypadek znanego rapera Wojciecha Sosnowskiego, znanego pod pseudonimem Sokół. On również, do czego się oficjalnie przyznaje, przez 13 lat był bezdomnym. Miał jednak przyjaciół i ludzi, którzy mu pomogli i teraz odnosi sukcesy w branży muzycznej. Jest współtwórcą grup muzycznych ZIP Skład, TPWC oraz WWO. Jest także, między innymi, członkiem Akademii Fonograficznej ZPAV.
Wśród podopiecznych Fundacji też można odnaleźć ludzi o wyjątkowych życiorysach. Taka jest historia pewnego artysty.
– Jednym z naszych podopiecznych był pan, który w pracowni modelarskiej wykonywał unikatowe modele statków. To jest rzecz niszowa, nie do kupienia. Przygotowanie takiego modelu trwa kilka miesięcy. Wykonane statki były prezentowane w szkołach, w centrach wystawienniczych. To był wybitny artysta, któremu w odpowiednim momencie w życiu zabrakło przyjaciela, kogoś, kto pociągnąłby go za kołnierz i nie pozwolił zsunąć się w otchłań bezdomności.
Zdarzają się też upadki z wysokiego konia..
– Innym przykładem są losy pana, który trafił do nas parę lat temu. Prężny przedsiębiorca, o dużym dorobku, popadł w kłopoty i stracił wszystko. Odwróciła się od niego rodzina, został sam. Trafił do naszej placówki. Ale nie załamał się i po pewnym czasie potrafił podnieść się i wyszedł na prostą.
Stać się bezdomnym z rozmaitych powodów jest dość łatwo. Może nim zostać osoba samotna, z problemami zdrowotnymi. Takich przykładów też jest wiele. Choroba, bezradność, samotność, to bardzo często powody, które w ostateczności prowadzą do bezdomności.
Pytaniem bez odpowiedzi pozostaje, czemu wciąż tak mało wiemy o bezdomności? Czemu tak niewiele jest akcji społecznych skutecznie pomagających takim osobom? Na te pytania Monika Strugała odpowiada:
– Stereotyp osoby bezdomnej jest aktualnie tak dramatycznie zły, że wręcz uniemożliwia prace organizacjom pozarządowym. Osoby bezdomne postrzegane są przez pryzmat tych, którzy mieszkają w zsypach, w węzłach cieplnych, na dworcach. Kojarzą się z kimś brudnym, nieprzyjemnie pachnącym, pod wpływem alkoholu. A to jest, tak naprawdę, mniejszość. Osoba bezdomna to przede wszystkim ktoś, komu w życiu najzwyczajniej nie sprzyjały okoliczności, a przez silnie zakorzenione stereotypy, które panują na ten temat, podlega wszelkim możliwym formom wykluczenia społecznego.
Kolejną ważną kwestią jest sponsoring, który przez ten właśnie stereotyp, też jest na fatalnej pozycji. Bardzo często słyszę, że pomaganie osobom bezdomnym to dla firmy zły pijar.
Warto może na nowo zdefiniować to „puste miejsce” przy wigilijnym stole. Może lepiej, zamiast zostawiać pusty talerz, zastanówmy się nad konkretną pomocą?
Potrzebne są ubrania, bielizna, leki, wszelka pomoc materialna oraz wsparcie w formie wolontariatu. Ośrodków pomagającym bezdomnym w Gdańsku jest kilka, z czego największy to właśnie Gdańska Fundacja Kultury Chrześcijańskiej im. Św. Brata Alberta, mieszczący się przy ul. Równej na Oruni. Pomimo wielkich trudności finansowych fundacja pomaga 250 mężczyznom, oraz w wypadkach interwencyjnych również kobietom, przeżyć jedno z najbardziej destrukcyjnych, ponurych i trudnych do pokonania doświadczeń, jakie mogą spotkać nas w życiu. Jak uczy doświadczenie, przy zbiegu niefortunnych okoliczności może to dotyczyć niemal każdego z nas. Przecież większość bezdomnych była kiedyś zwykłymi ludźmi. Tak, jak my dzisiaj…


Komentarze