Małgorzata Czajka-Stelmaszewska, mieszkanka Orłowa, w pogoni za tym jedynym ujęciem potrafi wsiąść z samego rana na rower, załadować do koszyka swój aparat i podglądać budzącą się do życia przyrodę. Z powołania wspaniała lekarz-diabetolog, a z zamiłowania fotografka.
Na co dzień oddana swoim pacjentom, często liczy niecierpliwie chwile i spogląda za okno. Widzi niepowtarzalne chmury lub szadź na drzewach, i wówczas chciałaby czym prędzej chwycić swój aparat i pognać przed siebie, by zatrzymać w kadrze piękno przyrody.
Do swojej pasji podeszła poważnie. Zakupiła dobry sprzęt, oprogramowanie i z zapałem czytała poradniki. Uznała, że jak już fotografować, to należy to robić profesjonalnie.
– Bo to człowiek robi zdjęcia, a dobry aparat może mu w tym tylko dopomóc. Wszystko zależy od tego, co się widzi. Jedna osoba przejdzie obok pięknego zjawiska przyrody obojętnie i czegoś nie zauważy, a ja to po prostu widzę. Bardzo często spaceruję lub jeżdżę na rowerze. Nie za wolno, nie za szybko, ale w sam raz. Latem ubiegłego roku, w ciągu pięciu tygodni przejechałam z synem po Polsce dziewięćset kilometrów. A tak na co dzień to jeżdżę wszędzie. Przemierzam na dwóch kółkach między innymi Orłowo, Chwarzno, Witomino i okolice rzeki Kaczej, gdzie podjeżdżam aż pod Wielki Kack – mówi Małgorzata Czajka-Stelmaszewska.
Potrafi też wyrwać się z domu wczesnym rankiem, kiedy wszyscy jeszcze śpią, i dojechać do orłowskiego klifu, by nawet przy temperaturze minus 20 stopni wyszukać w przyrodzie tego, co ją fascynuje – niezwykłego wschodu słońca lub zmarzniętego ptactwa szukającego schronienia. Czasem jest to też oblodzone molo, wyrzeźbione przez morska falę i zamarznięte pale. Jedno nazwane zostało na fotoblogu „nogami słonia”, bo do złudzenia przypominało kończyny zwierzęcia.
– To było niewiarygodne. Wszyscy biegali z aparatami po oblodzonym molo, a to trzeba było wejść pod spód i z tego miejsca zrobić zdjęcie – wspomina z uśmiechem.
Czasami trzeba spędzić długie godziny, by uchwycić na przykład muchę zajętą konsumpcją wiśni, motyle spijające nektar z kwiatu albo pięknie ubarwioną, będącą wiecznie w ruchu ważkę. Ale i to się udało, bo przecież nie liczy się czas spędzony z aparatem w ręku, a efekt końcowy.
– To nie jest zwykłe pstrykanie, bo do zdjęcia trzeba się przyłożyć – dodaje.
Uczy się metodą prób i błędów. Jednak, jak podkreśla, warunkiem uzyskania dobrego efektu na zdjęciu jest też odpowiednia pogoda. Przyznaje, że najlepiej robić zdjęcia ze statywem, ale nie zawsze chce jej się zabierać na rower dodatkowe wyposażenie, stąd często bywa i tak, że opiera się albo o siodełko roweru, albo o gałąź drzewa.
Niezwykle urzekające są też jej fotografie wykonane metodą HDR, która jest specjalną techniką wykonywania zdjęć. Robi się je, wykorzystując funkcję w aparacie zwaną bracketingiem, dzięki czemu można wykonać trzy kolejne zdjęcia o zmieniającej się ekspozycji. W ten sposób otrzymuje się zdjęcie niedoświetlone, prześwietlone i o prawidłowej, ustawionej ekspozycji. Następnie w specjalnym programie nakłada się te zdjęcia na siebie. Potem w innym programie można je dalej obrabiać.
– Zdjęcie, które jest końcowym produktem tej pracy, zaskakuje nas barwą, dynamiką obrazu. Jest to zupełnie inna jakość niż zdjęcie początkowe, czyli tradycyjne. I to jest to, co urzeka w HDR-ach, choć wielu profesjonalnych fotografów ich nie lubi. Na zdjęciach wykonanych tą metodą pięknie wychodzi architektura. Po wywołaniu powstaje zdjęcie, które wygląda niczym akwarela. W zeszłym roku moje zdjęcia zostały wysłane na konkurs i znalazły uznanie jury. Część z nich zamieścił na swoim kalendarzu portal NaszeMiasto.pl – podkreśla autorka z właściwą sobie skromnością.
Zachęcona tym wyróżnieniem, zdecydowała się zrobić swoją pierwszą w życiu profesjonalną wystawę, która odbyła się w Towarzystwie Miłośników Gdyni i spotkała się z wielkim aplauzem licznie przybyłych gości, dlatego miłośnicy jej talentu z niecierpliwością czekają na kolejne albumy.


Komentarze