Zajezdnia tramwajowa w Gdańsku Oliwie to wyjątkowe miejsce na mapie niepowtarzalnych zabytków. Budynek pamiętający czasy, gdy tramwaje mknęły ulicami miasta napędzane siłą koni, wiele przetrwał. Oparł się wojnom, trwał siłą cegieł i historii. Pokonała go współczesność.
Niepozorny budynek z czerwonej cegły pochodzącej z zakładów w gdyńskich Kolibkach dziś prezentuje się przy ulicy Grunwaldzkiej w Gdańsku bardzo smutno. Do niedawna to miejsce znane było mieszkańcom głównie z widzenia. Teraz jest inaczej. Od pewnego czasu zajezdnia w Oliwie ma monopol na pierwsze strony w trójmiejskiej prasie. Popularność to jedno, ale jej przyczyny to zupełnie inna bajka. Gdyby zajezdnia mogła mówić, zapłakałaby nad swoim losem.
Tak to się zaczęło
Budynek przy ul. Grunwaldzkiej 535-537 przez długie lata był jednym z centralnych punktów Gdańska. Początkowo mieściła się tam fabryka mydła. W 1873 roku budynki zaadaptowano na potrzeby zajezdni tramwajowej, najpierw konnej, potem elektrycznej. Gdy zajezdnię zamknięto budynek przechodził różne koleje losu, od bycia siedzibą Telewizji Polskiej, po… gdański areszt. Potem było już tylko gorzej. Dla opuszczonej i opustoszałej nieruchomości szukano potencjalnych właścicieli. Tacy się znaleźli i w 1998 roku dawna zajezdnia, objęta już wówczas wpisem do rejestru zabytków, trafiła we władanie Fundacji Edukacji Gospodarczej i Ekonomicznej „Pro publico bono”. Następnie, w 2007 roku, przeszła w ręce Easy.pl. Spółka ta kontrolowana jest przez Krzysztofa Mielewczyka, prywatnie męża posłanki Doroty Arciszewskiej Mielewczyk jest właścicielem zabytku do dzisiaj.
Właściciel wątpliwej dobrej woli
Wraz z wyprowadzką z ul. Grunwaldzkiej siedziby telewizji budynek zaczął podupadać. Po zmianach właściciela miało być lepiej. Wyszło jak zwykle. Wraz z nadejściem ery Easy.pl nad dawną zajezdnią pojawiły się chmury. Kilka dni temu chmury przemieniły się w ogień. Dzisiaj w tym miejscu dominują popożarowe zgliszcza.
Liczne upomnienia, nakaz starannego zabezpieczenia nieruchomości, a ostatecznie kara finansowa w wysokości 50 000 zł –tak przedstawiają się kolejne działania interwencyjne Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
- Nałożona przez nas kara finansowa nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Fakt, że właściciel odwołał się do ministerstwa sprawia jedynie, że wstrzymujemy się z dalszymi działaniami- tłumaczył Marcin Tymiński, rzecznik prasowy PWKZ w Gdańsku.
Te działania to doskonała odpowiedź na to, czy właściciel zajezdni poprawnie wywiązuje się z obowiązków w związku z wpisem budynku do rejestru zabytków.
Zajezdnia w ogniu
Zaczęło się od zaniedbań w zakresie zabezpieczenia budynku, a skończyło na pożarze. 10 września budynek został ogarnięty przez ogień. Jak zawsze w przypadku takich katastrof od razu pojawiły się pierwsze pytania i dociekliwość o przyczyny i winnych zaistniałej sytuacji. Na miejscu niezwłocznie zjawił się Marian Kwapiński, wojewódzki konserwator zabytków w Gdańsku.
- Wojewódzki konserwator oczywiście udał się do zabytkowego budynku, by zobaczyć, jakie szkody poczynił pożar. Nie jesteśmy jednak upoważnieni do samodzielnej oceny wielkości strat, a tym bardziej do wskazywania winnych. W tej chwili najważniejsza jest dla nas odpowiedź ministerstwa w sprawie uprzedniej kary finansowej. Przy braku sprzeciwu będziemy chcieli w dalszym ciągu skłaniać właściciela do ochrony zabytku – wyjaśnia Marcin Tymiński.
Dalsza kompetencja znajduje się w rękach policji. Sprawa wygląda bardzo rozwojowo. Oględziny budynku przeprowadzili policjanci z komisariatu w Gdańsku Oliwie wspólnie z biegłymi w zakresie pożarnictwa.
- W trakcie wykonywanych czynności zabezpieczyliśmy różnego rodzaju ślady, które po przeprowadzonych przez biegłego badaniach staną się dowodami rzeczowymi w sprawie. Biegły wstępnie stwierdził, że do pożaru doszło w wyniku podpalenia. Zaznaczamy jednak, że jest to wstępna ocena. Ostateczna zawarta będzie w opinii - informuje mł. asp. Aleksandra Siewiert, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku.
Na obecnym etapie wszystkie zebrane materiały przekazano do Prokuratury Rejonowej Gdańsk Oliwa, która wszczęła śledztwo.
Może być tylko lepiej
- Prokurator, opierając się na art. 163 § 1 p.1 Kodeksu Karnego wszczął postępowanie. Za spowodowanie niebezpiecznego zdarzenia, jakim jest pożar, grozi kara pozbawienia wolności do lat dziesięciu.
Jednocześnie policjanci kontynuują pracę nad sprawą. Trwają przesłuchania świadków oraz inne czynności wyjaśniające.
W tym miejscu kończy się opowieść o dawnej konnej zajezdni tramwajowej. Miejsce to miało swoje chwile wzlotów i upadków. Dzisiaj wciąż ma szanse na odratowanie. Nic już jednak nie będzie tak, dawniej. Oby przyszłość okazała się lepsza. Gorzej raczej być już nie może.


Komentarze
Coraz blizej do tego pomysu, stad podpalenie
Nie tylko na zachodzie, w Polsce juz sie wykorzystuje takie budynki na ciekawe instytucje