Strona główna Kultura Recenzja: Stanisław Danielewicz "Jazzowisko Trójmiasta"

Recenzja: Stanisław Danielewicz "Jazzowisko Trójmiasta"

Email Drukuj

Leszek  Dranicki, najlepszy wokalista wśród gitarzystów i na odwrót. Ten  na  głównym zdjęciu, zrobionym w w2011 roku ma nieco więcej lat niż ten  na  zdjęciu poniżej wykonanym w roku 1987 :: Fot. nadesłane

W czasach, gdy rock & roll był na cenzurowanym, imprezy na których grywano taką muzykę żurnaliści przyrównywali do rykowiska, a artystów uprawiających ten gatunek muzyki nazywano szarpidrutami. Przypominam o tym dlatego, że leży przede mną książka pt. „Jazzowisko Trójmiasta”, której tytuł może przywoływać te pejoratywne skojarzenia, choć nie powinien.

Książka Stanisława Danielewicza to dzieło monumentalne, odkrywcze i naprawdę godne uwagi. Ponad 700 stron żywej historii trójmiejskiego środowiska jazzowego, które przez dziesięciolecia nadawało ton polskiej muzyce synkopowanej. Przypomnijmy, że to tutaj rozkwitały talenty muzyków, którzy regularnie wygrywali ogólnopolskie festiwale, a potem zajmowali czołowe miejsca w ankietach „Jazz Forum” – Nahorny, Strobel, Kułakowski, Sikała, Wendt, Możdżer, Jaskułke, Mazolewski, że wymienię pierwszych z brzegu. Tu organizowane były pierwsze festiwale jazzowe (1956-57), tutaj powstało też pierwsze i przez lata jedyne polskie pismo muzyczne „Jazz” (1956).

Autor z dociekliwością doświadczonego pracownika IPN-u tropi i opisuje fakty, wyciąga z niepamięci nazwiska i nazwy zespołów, dając rok po roku świadectwo dokonań kilku pokoleń trójmiejskich muzyków jazzowych. Będąc w latach 70. ubiegłego wieku lokalnym pianistą i publicystą muzycznym, większość opisanych zdarzeń obserwował z bliska, a ludzi znał osobiście, co zapewne ułatwiło mu zadanie. Szczególne uznanie należy się Danielewiczowi za mrówczą pracę, jaką włożył w „odkopanie” faktów, których z autopsji znać nie mógł. Dużo wysiłku musiało go też kosztować dotarcie do unikalnych materiałów ilustracyjnych oraz opinii ówczesnej prasy, po które chętnie sięga, a które bardzo ubarwiają opowieść. Książka „Jazzowisko Trójmiasta”, ponad wszelką wątpliwość, stanowi ważkie świadectwo dokonań miejscowego środowiska muzycznego, będąc istotnym przyczynkiem do historii polskiego jazzu, którą często przedstawia się w niepełnym, by nie rzec, mocno zafałszowanym kształcie.

Na koniec odrobinka dziegciu, czyli to, czego mi brakuje lub co mi przeszkadza w tej książce. Przede wszystkim brak relacji uczestników pierwszych jazzowych festiwali, które w pewnym sensie zapoczątkowały w powojennej Polsce rewolucję kulturalną i obyczajową. Autor pisze o medialnej i urzędowej nagonce na organizatorów, a zupełnie pomija wspomnienia cywilnych widzów i muzyków, które bez trudu mógł odnaleźć w kolejnych rocznikach Jazz Forum. Poza tym niesłusznie zmarginalizował rolę, jaką w latach 70. odgrywał Klub Studentów Wybrzeża „Żak”, w którym działali m.in. Stanisław Krzysztof Jacobson (nieprzypadkowa zbieżność nazwisk), Jan Negebauer i Jerzy Piskorzyński, którzy odbudowali jazzową renomę klubu, dając schronienie wielu późniejszym laureatom Jazzu nad Odrą. To przecież oni wskrzesili Sopocki Festiwal Jazzowy (p. Jazz Jantar), cykl imprez „Jazz w Filharmonii” i „Jazz Club” (im. Mieczysława Kosza). Szkoda, że „łaskawie” przemilczał lub wręcz przypisał komu innemu inicjatywę ważnych przecież cykli imprez „Jazz na Ogarnej” czy „Night Jazz Club – Na Fortach”. Wreszcie przykro, że zupełnie zapomniał głośnej na kraj cały imprezie „Dzień Szakala” (2010), dzięki której ruszyła „lawina” pomocy ciężko choremu saksofoniście, Tomaszowi Szukalskiemu.

Osobiście przeszkadza mi dość dziwaczny zabieg narracyjny, w którym autor pisze o sobie w osobie trzeciej, co pozwala mu za każdym razem wymienić swoje imię i nazwisko, a także powtarzany jak mantra zwrot „i ja też tam grałem”. Wiem, że w dzisiejszym świecie obowiązuje zasada „chwal się sam, bo inaczej nikt cię nie pochwali”, ale nie przesadzajmy.

Reasumując, książka Stanisława Danielewicza jest ze wszech miar potrzebną, choć do historycznych jej walorów można czasami mieć lekkie zastrzeżenia. To naprawdę zajmująca, atrakcyjnie wydana opowieść o dużych walorach poznawczych. Myślę, że inne ośrodki jazzowe, i nie tylko, mogą nam zazdrościć takiego kronikarza. Kawał dobrej roboty, Redaktorze Danielewicz.
 

Dodaj komentarz