Do tej pory film „Czarny czwartek” obejrzało około 700 tysięcy widzów. Film nie jest łatwy, opowiada o dramacie Gdyni spacyfikowanej przez wojsko i milicję w grudniu 1970 roku, tym bardziej więc ten wynik frekwencyjny trzeba uznać za bardzo dobry. Kiedy przystępowaliśmy do realizacji zdjęć spiętrzyły się przed nami rozmaite problemy.
Po pierwsze śnieg. W 1970 roku do 20 grudnia nie spadł choćby jeden płatek, tymczasem zima 2010 była wyjątkowo śnieżna i na planie mieliśmy zaspy. Trzeba było wywozić śnieg, wytapiać go, zakrywać ogromnymi czarnymi płachtami. Niejednokrotnie przygotowanie planu trwało przez całą noc a i tak prace biegły niemal do ostatniej chwili przed klapsem. Śnieg spowodował dodatkowe koszty, które przekroczyły 100 tysięcy złotych.
A jeśli o kosztach mowa… Budżet filmu to 8 milionów złotych. Połowę sfinansował Polski Instytut Sztuki Filmowej, brakujących 4 milionów trzeba było szukać na własną rękę. I tu ogromne zaskoczenie, bo okazało się, że pomorscy potentaci, firmy zamożne i od lat związane z Wybrzeżem jedna po drugiej odmawiały wsparcia finansowego. Niekiedy słyszeliśmy argument: „tematyka filmu nie pasuje do wizerunku medialnego naszej firmy”. Tak więc o finanse do filmu, który traktował o dramatycznej historii wybrzeżowego miasta zabiegaliśmy w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. Były to negocjacje niełatwe, do ostatniej chwili przed rozpoczęciem zdjęć ważyły się losy produkcji. Była i taka chwila, że już już mieliśmy odwołać zdjęcia. I właśnie wtedy, w najbardziej krytycznym momencie z pomocą przyszli nam dwa bracia, przedsiębiorcy z Rumi, którzy zaangażowali w „Czarny czwartek” własne pieniądze.
Trzeba wiedzieć, że produkcja filmowa to niezwykle skomplikowana maszyneria, układanka z setkami zmiennych, a najważniejszą sprawą jest tzw. kalendarzówka, czyli precyzyjnie wyliczony i zaplanowany rozpis poszczególnych scen filmu, który uwzględnia terminy pracy aktorów, wykorzystanie sprzętu, pory dnia i nocy, mnóstwo innych czynników. Nieplanowane przesunięcie terminu rozpoczęcia zdjęć powoduje katastrofę w dalszej części kalendarzówki, tak więc nie sposób odwołać zdjęć i wznowić je za dzień lub dwa. Dlatego tak ważne było, żeby rozpocząć pracę w terminie i kontynuować ją bez poślizgów, co nie udałoby się bez ciągłego dopływu pieniędzy na produkcję.
Tylko raz i na szczęście na końcu przesunęliśmy termin zdjęć. Znowu powodem była zima. Ostatnie sceny filmu rozgrywają się na cmentarzu witomińskim w Gdyni. Gdy ekipa miała zamiar wkroczyć na plan okazało się, że mimo tego iż w mieście śnieg już nie zalegał, to cmentarz był kompletnie śniegiem zasypany. Nie można było wjechać na teren cmentarza ciężkim sprzętem odśnieżającym, a więc musieliśmy czekać aż śnieg stopi się w sposób naturalny.
Podobne problemy, choć nieco innej natury, czekały na nas na planie przed Urzędem Miasta w Gdyni ( w grudniu 1970 roku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej), gdzie rozgrywać się miały kluczowe sceny pacyfikacji demonstrantów, w tym pochodu z ciałem Janka Wiśniewskiego (Zbyszka Godlewskiego) niesionym przez tłum na drzwiach. Okazało się, że termin realizacji zdjęć zbiegł się z terminem rozpoczęcia potężnych pracy ziemnych pod finansowaną częściowo ze środków UE inwestycję drogową – przebudowę węzła komunikacyjnego na wysokości przystanku SKM Gdynia Wzgórze św. Maksymiliana. Na naszą gorącą prośbę władze Gdyni przesunęły o kilka dni termin rozpoczęcia prac i mogliśmy bez przeszkód zrealizować zdjęcia, choć nie wszystko się udało. Myślę tu o stacji benzynowej, która w grudniu 1970 roku stała na ul. Czołgistów nieco bliżej ulicy Władysława IV. W tym miejscu trwały już prace ziemne. Stację trzeba było przenieść vis a vis Urzędu Miasta, a warto wiedzieć, że została zrekonstruowana od zera, na podstawie starych zdjęć i planów.
Pomoc władz Gdyni przy realizacji filmu była nieoceniona. Nie mieliśmy żadnego problemu z wyłączaniem z normalnego ruchu dużych kwartałów miasta. Akcja filmu, zgodnie z realiami historycznymi, toczy się często m.in. na ważnych skrzyżowaniach, na dużych arteriach komunikacyjnych. W porozumieniu z Policją i Zarządem Dróg i Zieleni na wiele godzin zorganizowano objazdy. Musieliśmy na trzy noce wyłączyć z ruchu ulicę Janka Wiśniewskiego i teren przylegający do przystanku SKM Gdynia Stocznia. Ruch uliczny poprowadzono częściowo terenami stoczniowymi. Na wiele godzin wyłączono z ruchu ulice Świętojańską i Czołgistów. Władze miasta zgodziły się na wjazd do miasta ciężkich lawet z czołgami, transporterami i ciężarówkami wojskowymi, które stanęły na moście w ciągu ulicy Janka Wiśniewskiego, pod Urzędem Miasta oraz brały udział w scenie przejazdu kolumny wojskowej w Gdyni Kolibkach. Używaliśmy grubych gumowych wstęg z przemysłowych taśmociągów, które podkładano pod gąsienice czołgów, aby nie zniszczyć asfaltu. Takiego szczęścia nie miała ekipa filmu „Popiełuszko - wolność jest w nas”, bowiem władze Warszawy nie zgodziły się na wjazd do miasta czołgów, a były one potrzebne podczas realizacji zdjęć z czasu stanu wojennego.
Częściowego demontażu wymagał pomost nad przystankiem SKM Gdynia Stocznia. Aby przywrócić mu wygląd z grudnia 1970 roku trzeba było odkręcić metalowe osłony po obu bokach kładki i pokryć metalową konstrukcję farbą przypominającą brązowy pył z szyn. Na szczęście niemal w niezmienionym stanie zachowały się drewniane schody wiodące na ulicę Janka Wiśniewskiego, po których 17 grudnia 1970 roku szedł tłum stoczniowców, do którego wojsko otworzyło ogień z maszynowych karabinów czołgowych. Zrekonstruowano także kiosk „Ruchu”, który stał na ulicy Marchlewskiego (Janka Wiśniewskiego) oraz kolejowy płot betonowy, który odgradzał tę ulicę od torowiska.
Większość wnętrz, które „grają” w filmie, została zrekonstruowana od podstaw w ogromnej hali zdjęciowej – magazynach wynajętych od gdyńskiego portu. Dotyczyło to zwłaszcza mieszkań głównych bohaterów, ale też gabinetu przewodniczącego ówczesnej MRN w Gdyni oraz sali obrad w gdańskim Urzędzie Wojewódzkim, gdzie podczas obrad egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR padły z ust partyjnego bonzy Zenona Kliszki znamienne słowa: „Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela…”. Wszystkie pomieszczenia, łącznie z klatkami schodowymi, zostały wykonane z konstrukcji drewnianych, użyto też oryginalnych materiałów – okien, drzwi, parkietu, balustrad itp.
Wielką pracę wykonali kostiumografowie i rekwizytorzy. Na apel zamieszczony w trójmiejskich gazetach odpowiedzieli mieszkańcy, dostarczając na plan filmu odzież z lat 70. i mnóstwo drobiazgów codziennego użytku – stare radia, zastawę stołową, syfony, obrazki w plastikowych ramkach i setki innych charakterystycznych drobiazgów z tamtych lat. Część odzieży pozyskano w secondhandach, ale np. odzież wojska i ZOMO trzeba było szyć na zamówienie. Okazało się, że nie ma już materiału – tzw. moro milicyjnego – z którego na przełomie lat 60. I 70. szyto umundurowanie szturmowych oddziałów milicji. Jedna z fabryk włókienniczych na nasze specjalne zamówienie wyprodukowała partię materiału o pożądanym wyglądzie, z którego następnie uszyto mundury. Również na potrzeby filmu wyprodukowano elementy wyposażenia ZOMO – pałki, kaski i tarcze.
Na temat produkcji filmu „Czarny czwartek” można by pisać godzinami. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że cały pion produkcji filmu i inne najważniejsze piony składały się z fachowców trójmiejskich. Okazało się, że mamy w Trójmieście specjalistów, którzy są w stanie sprostać tak poważnym wymaganiom.
A wszystko zaczęło się w maju 2009 roku, kiedy w kaszubskim domku Mirka Piepki (współscenarzysty filmu) wpadłem na pomysł zrobienia dokumentalnego filmu o grudniowej rewolcie na Wybrzeżu. Gdybym wówczas mógł przypuszczać, że skromny początkowo projekt zamieni się w gigantyczne filmowe przedsięwzięcie, to z pewnością przerosłoby to moją wyobraźnię.
Naprawdę warto mieć marzenia…
Michał Pruski, mieszkaniec Gdyni, dziennikarz gdańskich gazet i tygodników, pisarz – autor m.in. książek dla dzieci, jest współscenarzystą (wraz z Mirosławem Piepką) filmu „Czarny czwartek”.


Komentarze
Pozdrawiam.
Tak, a pan Michał Pruski to klasa sama w sobie
Jeśli tak, to rozumiem :) i też trzymam kciuki :)
Bo pracuje nad kolejnymi projektami i scenariuszami :) Tez bym chcial pisać scenariusze :)
nie rozumiem, dlaczego?
nie, sa po to, zeby sie spelnialy :)