Strona główna Kosakowo Babie Doły sobie „radzą”

Babie Doły sobie „radzą”

Email Drukuj
Od lewej stoją: Jacek Ziółkowski, Elżbieta Konopko i Krystyna Klimko :: Fot. Piotr Olejarczyk

O rogatkach na osiedlu, błyskawicznym skoku w przyszłość, udanej prywatyzacji, zrealizowanych inwestycjach i „amatorskich” projektach opowiadają członkowie Rady Dzielnicy Babie Doły.

– Od kiedy działa Rada Dzielnicy Babie Doły?


Krystyna Klimko, przewodnicząca rady: Byliśmy jedną z pierwszych rad dzielnic, które powstały w Gdyni. Zaczęliśmy działać w 1992 roku.

– Początki były trudne?

Jacek Ziółkowski, wiceprzewodniczący rady: Trzeba pamiętać, że rada funkcjonowała tutaj w zupełnie innej rzeczywistości. To wszystko były tereny wojskowe. Stały tutaj nawet rogatki. Mieszkali tu właściwie tylko żołnierze i ich rodziny.

KK: Można powiedzieć, że osiedle wojskowe rządziło się swoimi prawami. Bardzo wiele robiliśmy własnymi siłami. Do chwili utworzenia rady dzielnicy naprawy tutejszych dróg wykonywało wojsko, a nawet sami mieszkańcy. Miasto nie chciało w to wszystko ingerować.

Elżbieta Konopko, wiceprzewodnicząca rady: Nie chciało, ale tak naprawdę też nie mogło. Gmina nie może scedować ani grosza na nie swoje tereny. To się zmieniło po tym, jak w 2004 roku nasze osiedle się sprywatyzowało.

– To był strzał w dziesiątkę?

EK: To mało powiedziane. Kiedy grunty wojskowe przeszły pod władanie wspólnot i miasta, w ciągu kilku lat wszystko zmieniło się tutaj diametralnie. Oczywiście na lepsze. Tak, jakby pan się przeniósł w czasie o jeden wiek do przodu (śmiech).

KK: Również nasza rada mogła rozwinąć skrzydła. Mogliśmy nareszcie zawalczyć o większe inwestycje dla naszej dzielnicy.

– Walka zakończyła się sukcesem?

JZ: Odpowiem jak prawdziwy wojskowy (śmiech): ona ciągle trwa. Ale bardzo dużo udało nam się zrobić.

EK: Kiedy przeprowadziłam się tutaj w 2001 roku z Grabówka, było dla mnie szokiem, że jedyna droga dojazdowa na dzielnicę [ulica Zielona – przyp. red.] może być w ogóle nieoświetlona. Aby się do nas dostać autem, kierowcy musieli wieczorem jechać na długich światłach…

JZ: No i na nasze wnioski miasto oświetliło nam ulicę Zieloną. Mało tego, również pod wpływem naszych argumentów urzędnicy zdecydowali się na wybudowanie tam pięknej ścieżki rowerowej. Teraz jest zdecydowanie bezpieczniej.

– A czego udało się radzie dokonać w ostatnich latach?

JZ: Wyremontowano nam ulice, oświetlono osiedle, okolica jest monitorowana, powstały place zabaw. To wszystko były nasze wnioski.

KK: Nie możemy narzekać na współpracę z urzędnikami. Mamy bardzo dobre kontakty z wiceprezydentami. Jesteśmy z nimi właściwie na telefon.  Przyjeżdżają do nas, słuchają naszych pomysłów, przedstawiają swoje.

EK: I są uczciwi. Nie obiecują „gruszek na wierzbie”. Mówią konkretnie: na to akurat nie mamy teraz pieniędzy, ale zajmiemy się tym w przyszłym roku. I tak się dzieje.

– W rozmowach z urzędnikami mają Państwo ważny atut – odbywający się w okolicy Heineken Open'er Festiwal. Wykorzystujecie go przy pisaniu wniosków?

JZ: Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie (śmiech). Wiadomo, jak wiele osób przewija się przez naszą dzielnicę podczas festiwalu. I to z różnych miejsc Polski i z różnych stron świata. Myślę, że miasto nie może sobie pozwolić, aby nasza dzielnica była zaniedbana. Bądź co bądź, przez te kilka dni jesteśmy wizytówką Gdyni.

– Czym rada chce zająć się w przyszłości?

EK: Będziemy pilnować, aby realizowano nasz projekt planu zagospodarowania przestrzennego dzielnicy…

– Jak to „Wasz”?! Rada zgłosiła taki projekt i radni go przegłosowali?

KK: Dokładnie tak. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że urzędnicy byli w szoku, kiedy zobaczyli nasz plan. Nie spodziewali się, że będzie on tak dobry.

EK: Przyjęli go z aplauzem.

– Co się w nim znajduje?

JZ: Ustaliliśmy, gdzie ma znajdować się zabudowa jednorodzinna, gdzie obiekty sportowe, a gdzie obiekty użyteczności publicznej. Wzięliśmy też pod uwagę nasz klif, który – niewłaściwie zabudowany – może stanowić niebezpieczeństwo dla wszystkich. W planie zaproponowaliśmy tutaj zakaz budowy określonych budynków.

EK: Cieszę się, że miasto go przyjęło. Tym samym przyznało tak naprawdę, że to nie urzędnicy, a sami mieszkańcy wiedzą, co jest najlepsze dla ich okolicy.

– Dziękuję za rozmowę.


Babie Doły – najbardziej wysunięta na północ dzielnica Gdyni. Liczy około 2,5 tys. mieszkańców. Mieści się tutaj jednostka wojskowa. Nieopodal funkcjonuje lotnisko wojskowe – są plany, aby stało się ono również przyczółkiem dla cywilnych samolotów. W latach 70. w Babich Dołach mieszkał Mirosław Hermaszewski, pierwszy polski kosmonauta. Służył w tutejszym pułku lotnictwa myśliwskiego.


Rada dzielnicy – jednostka pomocnicza rady gminy. Organem uchwałodawczym rady dzielnicy jest rada o liczbie 15 członków. W Gdyni rady dzielnicy dostają rocznie od miasta 6,20 zł na każdego mieszkańca z danego terenu jednostki pomocniczej. Za te pieniądze można m.in. organizować lokalne festyny, przeprowadzać drobne remonty w dzielnicy lub wspierać najbardziej potrzebujących mieszkańców.
 

Dodaj komentarz