Podczas 60-lecia matury w V Liceum Ogólnokształcącym na gdańskich Polankach spotykam same barwne postaci. Jedną z nich jest Tadeusz Prochowski, wieloletni pierwszy solista Opery Wrocławskiej, który opowiedział nam o swojej wielkiej miłości, przeprowadzce do Wrocławia i pewnym wyznaniu pierwszego sekretarza partii.
Aby jednak zdać sobie sprawę, kto jest bohaterem naszego mini portretu, przytaczamy wypowiedź jego kolegi.
- Wracałem z Politechniki Gdańskiej, cały przesiąknięty siarkowodorem, bo mieliśmy zajęcia w laboratorium. Taki półprzytomny wchodzę do kolejki na stacji Gdańsk Politechnika i widzę Tadzia. Nie wiem, czy patrzy na mnie, czy na dwie dziewczyny i nagle zaczyna śpiewać arię. A ja nie wiem w jakiej tonacji mam mu pomóc – żartuje Jerzy Nagler, pracownik naukowy. – Taki to był lew, nie tylko salonowy.
Ciągnęła mnie opera
- Całą moją karierę rozpoczynałem tu na Wybrzeżu, począwszy od średniej szkoły muzycznej i następnie wyższej. W międzyczasie śpiewałem w Zespole Pieśni i Tańca Marynarki Wojennej – opowiada Tadeusz Prochowski.
Gdy Danuta Baduszkowa tworzyła Teatr Muzyczny w Gdyni zaproponowała panu Tadeuszowi pracę, śpiewak, oczywiście, zgodził się.
- Zawsze ciągnęła mnie opera. Teatr Muzyczny był dla mnie odskocznią, ale jednocześnie ważnym etapem w życiu, który powinien się zdarzyć – mówił z przekonaniem artysta. - Tak szybko nie zostaje się solistą, trzeba się przecież czegoś nauczyć. Po roku napisał do mnie dyrektor Wiłkomirski, który zaczął prowadzić Operę Wrocławską. Zaprosił mnie na egzamin. Jeśli zdałbym go, byłbym solistą. Umiałem już troszkę więcej, więc pojechałem. Niby na rok. 40 lat tam spędziłem.
Sukcesy i żelazna kurtyna w tle
Solista śpiewał wszystko co mógł jako baryton. Ponad 80 partii.
- W całej Polsce śpiewałem „Cerulika Sewilskiego”, „Don Juana”, Miecznika, „Halkę”. A w międzyczasie konkursy i nagrody, Helsinki - złoty medal, Bruksela - złoty medal. Propozycje koncertowania na Zachodzie – nie pozwolono. Takie wtedy były czasy. Wtedy na otarcie łez otrzymałem dwumiesięczne stypendium do Sieny, minęły trzy lata i ponownie otrzymuję stypendium z tej uczelni, ale tym razem to oni będą finansować mój pobyt. No to pojechałem – opowiada artysta.
Tadeusz Prochowski podkreśla, że największą satysfakcją była możliwość śpiewania.
- Może zabrzmi to nieskromnie, ale wszędzie gdzie śpiewałem, proponowano mi przejście do nich. Kiedyś pierwszy sekretarz partii we Wrocławiu powiedział mi: Panie Tadeuszu, pan nie musi wstępować do partii, bo kiedy pan wychodzi na scenę i śpiewa – to wystarczy.
Irenka – moja miłość
Prywatnie śpiewak od 52 lat jest w związku małżeńskim z panią Ireną. Małżonkowie postanowili na jesień życia powrócić do korzeni.
- Irenka pochodzi z Gdyni. Co ciekawe, jej ojciec pływał na Darze Pomorza, w 1939 roku nie wpłynęli do portu, dostali polecenie płynięcia do Szwecji, ale w 1945 roku szczęśliwie wrócili do Polski. A tymczasem Irena z bratem i matką mieszkali całą wojnę w Wielkim Kacku, nie podpisali listy, tłumacząc, że ojca nie ma i nie mogą podjąć takiej decyzji bez niego i tak całą wojnę przetrwali, przerzucani z lepianki do lepianki. Teraz mieszkamy kilkaset metrów od domu, w którym się urodziła.


Komentarze
Nie wyobraam sobie życia na emeryturze....
Ale też trzeba być konsekwentnym i pracowitym.
Pomysł na siebie to już początek sukcesu!
Po prostu wiedział czego chce
Taaak, świetnie mówi :) ale to pewnie kwestia wypracowania :)
A szkoda, bo umiejęteności trzeba mieć
To rzeczywiście stało się niemodne