Mieszkańcy posesji przy al. Zwycięstwa 36-62 mogą spać spokojnie. Ich domy nie zostaną zniszczone, a co więcej – jest szansa, że już niebawem razem z miastem uporządkują teren.
Mieszkańcy domów przy al. Zwycięstwa negocjacje z wiceprezydentem Gdyni Bogusławem Stasiakiem rozpoczęli w marcu 2009 roku. Jeszcze wcześniej, bo pod koniec 2007 roku zostało utworzone stowarzyszenie mieszkańców zagrożonych domów „My tu mieszkamy”, które w imieniu wspólnoty rozmawia z Urzędem Miasta. I są efekty.
Na ostatnim spotkaniu wiceprezydent Stasiak oraz dyrektor Zarządu Dróg i Zieleni Maciej Karmoliński stanowczo zaprzeczyli, jakoby miasto chciało usuwać mieszkańców z ich domów, a teren sprzedać deweloperowi. Rok temu jednak sytuacja była niepewna. Głównym powodem obaw mieszkańców była umowa dzierżawy, jaką miasto zaproponowało mieszkańcom. W treści dokumentu można przeczytać, iż grunt zostanie przekazany pod dzierżawę jedynie na okres 3 lat.
– Teren przy al. Zwycięstwa 36-62 nie może być „zieloną plamą” na mapach miasta Gdyni – wyjaśniał w maju 2009 roku Leszek Stodolski, członek Stowarzyszenia „My tu mieszkamy”.
Mieszkańcy chcieli nowych propozycji umów, ponieważ w zaproponowanych przez miasto znajdował się zapis, który umożliwiał urzędnikom żądanie opuszczenia gruntu i oddania go miastu w stanie niezabudowanym. Po spotkaniu w urzędzie mieszkańcy otrzymali zapewnienie, że do tego nie dojdzie. Dodatkowo jest wstępna zgoda na podpisanie długoterminowych umów z mieszkańcami, a także przeprowadzenia inwentaryzacji terenu. Przedstawiciele stowarzyszenia nie ukrywają radości.
– Cieszymy się, że miasto podjęło z nami rozmowy. Oby doszło wreszcie do pełnego uporządkowania tego terenu. Chcą tego mieszkający w domkach, którzy i tak już wiele zrobili, by poprawić wygląd najbliższego otoczenia. Ale wspólnie z miastem można zrobić dużo więcej. Chodzi głównie o infrastrukturę i kanalizację – opowiada Leszek Stodolski.
Przypomina zarazem, że to losy historii tak pokierowały tym terenem, że teraz jest on obiektem sporu i kontrowersji. Na teren działek przy al. Zwycięstwa ludzie zaczęli wprowadzać się bowiem w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Nikt nie troszczył się o to, by płacić czynsz, bo nikt się o niego nie upominał.
– Wielu mieszkańców jest w posiadaniu dokumentów stwierdzających, że dany skrawek terenu jest ich własnością od wielu lat. Cześć z nich mieszka tu od urodzenia i nie mogą być z dnia na dzień pozbawieni dachu nad głową. Oczywiście są też „czarne owce”, które zajmują posesje nielegalnie. Tych powinna wyeliminować wizja lokalna i wyliczenie tego, co dokładnie znajduje się na tym kilkuhektarowym terenie – kończy Stodolski.


Komentarze