Dorota Gałkowska jest nauczycielką klas integracyjnych w Szkole Podstawowej nr 44 w Gdańsku. Dla uczniów – pani Dorotka, dla rodziców – prawdziwa anielica, która już drugi raz była nominowana do nagrody „Belfra Roku”.
Mówi, że nie zasługuje na takie wyróżnienie, a dookoła pełno innych, bardziej doświadczonych nauczycieli, którzy powinni zostać nominowani. Jest pogodna, uśmiechnięta i ma mnóstwo energii, jej entuzjazm oraz gotowość do niesienia pomocy zostały docenione przez uczniów oraz rodziców.
– Jak czuje się nauczyciel nominowany do nagrody „Belfra Roku” już po raz drugi w swojej karierze?
– Wiem, że to może brzmi banalnie, ale czułam się po prostu wyróżniona. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt i przyjemność. Powiem szczerze, podejrzewam, że są wśród nominowanych osoby, które mają za sobą lata pracy, osiągnięcia i naprawdę sobie na nią zasłużyły bardziej ode mnie. A fakt, że to się zdarzyło po raz drugi, był dla mnie wielkim, nieprawdopodobnym wręcz zaskoczeniem. Uważam, że to są takie chwile w życiu każdego nauczyciela, dla których warto żyć.
– Czym można sobie zasłużyć na tak przychylne opinie rodziców i sympatię dzieci?
– Szczerze mówiąc, nie zrobiłam nic szczególnego, żeby teraz móc to przeanalizować i wskazać na konkretny przykład. Wydaje mi się, że dzieciaki lubią moje poczucie humoru. W tym roku moje życie w szkole trochę inaczej wygląda, zdobyłam pełne kwalifikacje do uczenia języka angielskiego i teraz tym się zajmuję. Wcześniej pracowałam jako nauczyciel wspomagający w klasach integracyjnych. Byłam osobą, która prowadziła nie tylko dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych, ale też pozostałą część klasy, dbałam o kontakty z rodzicami. Wydaje mi się, że właśnie tym zyskałam przychylność. Łączyły nas szczególne więzi, bo nie opierały się one na schemacie nauczyciel-rodzic, tylko starałam się, żeby to były kontakty przyjacielskie. Być może to sprawiło, że darzą mnie oni jakimś większym sentymentem. A dla dzieci staram się być sympatyczną powierniczką, taką osobą, przy której czują się bezpiecznie.
– Na czym polega specyfika pracy nauczyciela wspomagającego w klasach integracyjnych?
– Generalnie nauczyciel wspomagający jest takim ambasadorem dzieci w tej szkole. Ma on swoich podopiecznych i najważniejszym jego celem jest dbać o harmonijny rozwój dziecka. Najpierw je poznaje, widzi, jakie ma potrzeby, czy wymaga pomocy logopedy, zajęć rehabilitacyjnych i kieruje do odpowiednich specjalistów. Nauczyciel wspomagający od początku organizuje rok szkolny dzieciom z odpowiednimi orzeczeniami z poradni psychologiczno-pedagogicznych. Konstruuje dla każdego podopiecznego indywidualny program, który jest realizowany przez cały rok. Jest on stworzony zgodnie z możliwościami i zdolnościami każdego dziecka. W czasie lekcji nauczyciel pomaga mu ten materiał przyswoić, wykonać zadania na odpowiednim dla niego poziomie. Oprócz tych wszystkich działań, o których wspomniałam, prowadzi także zajęcia indywidualne, pracuje wówczas nad rzeczami problematycznymi dla ucznia, doskonali te funkcje, które są u niego zaburzone, powtarza te elementy z lekcji, które były niezrozumiałe. Angażuje też dzieci we wszelkiego rodzaju aktywność pozalekcyjną. Mam na myśli na przykład wyjazdy na zieloną szkołę, wszelkie konkursy, zawody sportowe. Pracę nauczyciela wspomagającego w szkole uważam za najtrudniejszą. Dzieci, którym pomagamy, nie będą brały udziału w olimpiadach przedmiotowych, wygrywały konkursów. Naszym zadaniem jest wdrożyć je w życie szkolne tak, by czuły się dobrze na lekcji i w grupie rówieśniczej. My stoimy za nimi wszędzie, gdzie tylko się da.
– Jak wyglądają relacje dzieci integrowanych z resztą klasy, czy Pani, jako nauczyciel, próbuje w jakiś sposób pomóc im te relacje budować?
– Oczywiście, że tak. Nie mam doświadczenia w klasach młodszych, bo tutaj moja praca zaczęła się dopiero w tym roku. Teraz dopiero obserwuję tworzenie się od podstaw więzi u maluchów. Na pierwszych lekcjach widziałam u dzieci konsternację. Nie wiedziały na przykład, co zrobić, kiedy kolega z ławki nagle w trakcie lekcji krzyknie czy zachowa się inaczej niż to przewiduje ta nasza przyjęta norma. Wówczas widziałam takie lekkie zmieszanie. Natomiast teraz upływa trzeci miesiąc szkoły i uczniowie na pewne zachowania nie zwracają już uwagi, rozumieją tę inność. I to jest to, co mi się w tej szkole podoba najbardziej, że uczy ona dzieci niezwykłej wrażliwości, opiekuńczości. Zdarzają się sytuacje, gdy na przykład uczeń, który jeździ na wózku, coś upuści, to od razu zbiega się pół klasy, aby mu ten przedmiot podać. Takich sytuacji można by mnożyć. Po tych pierwszych chwilach przystosowania się do nowej sytuacji dzieci funkcjonują rewelacyjnie.
– Jak wygląda i układa się współpraca z rodzicami dzieci integrowanych?
– Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że mnie się układa wspaniale. Miałam takie szczęście, że trafiłam na świetnych rodziców. Podstawą jest częsty kontakt, istnieje specjalny zeszyt do korespondencji z nimi, gdzie przekazujemy sobie uwagi, informacje. Wymieniamy się telefonami, są spotkania w szkole, ale jeżeli zachodzi taka potrzeba, to także i poza nią. Najważniejszy jest właśnie ten częsty kontakt. Musimy wiedzieć, nad czym rodzice pracują z dzieckiem w domu, oni z kolei, co ja przerabiam z nim w szkole. Dzięki temu wiemy, czego mamy oczekiwać. Dziecko wówczas też czuje się bezpieczniejsze, dobrze, jak wie, że tu w szkole jest taki anioł stróż, który mu pomaga, ale i pilnuje. To taka pozytywna kontrola.
– W liście motywującym Pani nominację została Pani określona mianem anielicy. Zdaje się być Pani ogromnym wsparciem dla rodziców. Czy w związku z tym faktem odczuwalna jest jakaś presja?
– Nigdy nie pomyślałam, że mogłabym odczuwać presję. Takie słowa jak presja czy odpowiedzialność w tym kontekście nigdy nie przyszły mi do głowy. Działam spontanicznie, kiedy widzę jakąś bezradność czy bezsilność na twarzy, oczekiwanie dobrego słowa, to staram się to dać. Broń Boże, nie jest to żadną misją. Po prostu taka jestem, lubię gadać, w ten sposób też analizuję z rodzicami problemy, dyskutujemy i szukamy rozwiązań. Nie ma różnicy, czy jest to rodzic dziecka integrowanego czy zdrowego.
– Jest Pani nauczycielką od siedmiu lat. Czy w tym czasie zmieniło się w jakiś sposób Pani podejście do dzieci, rodziców?
– Na początku byłam bardziej nieśmiała. Wydawało mi się, że jako nauczyciel nie mam odpowiedniej praktyki, żeby móc radzić rodzicom. Były takie spontaniczne rozmowy, uwagi, sugestie. Przez te siedem lat można już wiele zaobserwować, zobaczyć, jak działa szkoła. Teraz mogę na pewno z większą pewnością siebie wesprzeć rodzica, zasugerować coś, ale i czerpać wiedzę od nich. Jestem bogatsza o zdobyte doświadczenia.
– W jaki sposób dowiedziała się Pani o nominacji?
– O obu nominacjach dowiedziałam się w ten sam sposób. Moja teściowa zadzwoniła do mnie rano, bo codziennie kupuje „Gazetę Wyborczą”, i powiedziała: Dorcia! Wiesz, że jesteś nominowana do nagrody „Belfra Roku”? A ja byłam w szoku i powtarzałam, że to niemożliwe.
– Jak zareagowali inni nauczyciele ze szkoły?
– Usłyszałam bardzo dużo ciepłych, pozytywnych słów, gratulacji. Nie oszukujmy się, praca nauczyciela jest bardzo trudna. To zabrzmi jak banał, ale takie chwile, kiedy podejdzie koleżanka z pracy, dyrektor, a przede wszystkim rodzice i uczniowie, żeby pogratulować, są piękne. Czuję się uskrzydlona na następne pięć lat.
– Praca nauczyciela wspomagającego zapewne wymaga mnóstwo dodatkowego czasu poświęconego przygotowaniu się do zajęć...
– Oczywiście, że tak. Mam już pewne doświadczenie, teraz także jako anglistka, i mogę z całą pewnością powiedzieć, że przygotowanie nauczyciela wspomagającego wymaga go dużo więcej. To jest nieporównywalnie więcej pracy, bo kiedy jako nauczyciel wspomagający miałam czworo podopiecznych, a każde z nich ma inne możliwości, inne potrzeby na daną lekcję, to musiałam przygotować cztery osobne karty pracy. Jedno dziecko nie potrafi pisać, inne czytać, a kolejne na przykład nie potrafi czytać ze zrozumieniem. Powiem szczerze, że teraz, przygotowując się do lekcji angielskiego, też poświęcam sporo czasu na przygotowania, ale nie tak wiele jak wówczas, gdy byłam nauczycielem wspomagającym. Codziennie musimy analizować kolejny dzień i przygotować się na każdą lekcję. Jest to bardzo czasochłonne i przyznam, że chyba trzeba być nadczłowiekiem, żeby być w stu procentach przygotowanym do każdych zajęć.
– Na co brakuje Pani czasu?
– Dorocie, nie nauczycielowi? Przede wszystkim na spędzenie kilku bezstresowych chwil. Na rozmowę z dziećmi i mężem. Na co dzień po prostu się mijamy. Po lekcjach mam dodatkowe obowiązki i kiedy zjeżdżamy się wieczorem do domu, nie mamy już zbyt wiele czasu na spacery czy zwykłe przebywanie ze sobą.
– Mimo wszystko wydaje się Pani nie żałować wyboru takiej pracy.
– Oczywiście, że nie. Połknęłam bakcyla i bardzo lubię moją pracę. Doceniam spontaniczność, sposób postrzegania świata przez dzieci zintegrowane. One potrafią się cieszyć z rzeczy banalnych, których my nawet nie zauważamy. Jestem tym tak oczarowana i nie wiem, czy mi to kiedyś przejdzie. Kiedyś zawsze marzyłam, żeby zajmować się starszymi dziećmi, młodzieżą, ale jest mi tu tak cudownie, że nie chcę nic zmieniać. Praca z maluchami wymaga ode mnie pełnego zaangażowania psychicznego i fizycznego, bo trzeba się nieźle nabiegać, natańczyć, naśpiewać, żeby utrzymać zainteresowanie dzieci przez 45 minut. Śpiewam w domu, sprawdzam, ile czasu co zajmuje, jest to dla mnie zupełnie nowy rozdział, dlatego muszę przygotowywać wszystko krok po kroku. Ważne jest dla mnie, żeby uczniowie przez całą lekcję uważali, słuchali i dobrze się bawili, a nie ziewali. Jestem po tych lekcjach całkowicie wyeksploatowana, ale szczęśliwa.
– Czego można życzyć nauczycielowi, który był już dwa razy nominowany do takiej wyjątkowej nagrody?
– Niekoniecznie trzeciej nominacji, bo to jest cudowne, ale ja czuję, że sobie na to nie zasłużyłam. Dla mnie najważniejsze jest widzieć codziennie uśmiech na twarzach podopiecznych. Dlatego można mi życzyć, żeby dzieci i rodzice dalej darzyli mnie sympatią, a współpraca układała się tak dobrze jak teraz, wtedy będę najszczęśliwsza.
– Tego właśnie życzę i dziękuję za rozmowę.

