Oliwa może poszczycić się jednym z oryginalniejszych zabytków – zajezdnią tramwajów konnych. Mijając budynek dzisiaj trudno dopatrzyć się w nim choćby cienia dawnej świetności. A miejsce to ma swoją historię, ma też za sobą kilka szans na odzyskanie blasku, niewykorzystanych niestety przez właścicieli. Czy zajezdnia doczeka się swojej wiosny?
Takie były początki
1996 rok – wtedy zajezdnia tramwajowa w przy ul. Grunwaldzkiej 535 – 537 wpisana została do rejestru zabytków. Zespół budynków powstałych w XIX wieku, zbudowano z cegły, typowego materiału dla ówczesnej architektury przemysłowej. Jako ciekawostkę można dodać, że cegła pochodziła z zakładów mieszczących się w Kolibkach. Budynki, w których początkowo mieściła się fabryka mydła, w 1873 r. zaadoptowano dla potrzeb zajezdni tramwajów konnych. Była to jednocześnie pierwsza zajezdnia tramwajowa w Gdańsku. Wówczas miejsce to stało się kolebką komunikacji, sercem tej części miasta. W późniejszym okresie, w budynkach mieścił się areszt, a nawet siedziba TV Gdańsk.
A tak jest dzisiaj
Dzisiaj, po blisko 140 latach, te same budynki straszą opłakanym stanem. Spacerujących mieszkańców przytłacza żałosny wygląd ruin, smutny jest kontrast między tym, co było dawniej, a tym, co jest dzisiaj.
– Goszcząc u siebie rodzinę byłam naprawdę zażenowana, gdy pytali, co to za rudera straszy niedaleko mojego mieszkania – żali się pani Maria, mieszkanka ul. Grunwaldzkiej.
Nasuwa się pytanie: jakie znaczenie mają dla nas zabytki poza tym, że dopisywane kolejno, wydłużają listę? Prestiż to jedno, a obowiązki związane z opieką nad takimi obiektami – drugie. Obowiązki te dotyczą także prywatnych właścicieli, o czym niektórzy zdaje się starają nie pamiętać. Zajezdnia, delikatnie mówiąc, nie ma szczęścia do właścicieli. W lipcu 1998 roku trafiła do Fundacji Edukacji Gospodarczej i Ekonomicznej „Pro Publico Pono” w Lublinie.
Fundacja miała w planach przygotowanie ośrodka rekolekcyjnego z pokojami gościnnymi, wyremontowanie budynków planowała zamknąć w 3. latach. Rzeczywistość zweryfikowała założenie i z planów pozostało jedynie wspomnienie. W 2007 roku zajezdnia trafiła do Easy.pl, spółki kontrolowanej przez Krzysztofa Mielewczyka, prywatnie męża senator Doroty Arciszewskiej- Mielewczyk. Nieruchomość, znajdująca się w rękach Easy.pl od ponad 4 lat, niszczeje i nie jest odpowiednio zabezpieczona. Po zakupie spółka Mielewczyka hucznie prezentowała swoje wizje rewitalizacji dawnej zajezdni, która po renowacji i odbudowie miała stać się luksusowym hotelem. Hotel-wizja miał już nawet swoją nazwę – „Solaria”. Niestety i tym razem na wizjach się skończyło. Plany legły w gruzach, których i tak na terenie zajezdni jest już sporo.
Bezczynność właściciela
W ciągu ponad 4. lat od zakupu nieruchomości, właściciel nie podjął właściwie żadnych działań mających na celu ochronę budynków przed zniszczeniem. Dodajmy, że jest do tego zobowiązany przepisami. W końcu, jesienią ubiegłego roku, Wojewódzki Konserwator Zabytków w Gdańsku, Marian Kwapiński, nakazał właścicielowi m.in. odbudowę korony murów, zamurowanie otworów od drzwi i okien oraz odtworzenie dachu. Do dnia dzisiejszego właściciel nie wywiązał się z żadnego z tych obowiązków. Z nadejściem wiosny zajezdnia zyskuje nowe życie. Jednak nie dzięki odbudowie a częstszym wizytom gości wątpliwej renomy. Cóż, przyroda nie znosi próżni. Tymczasem właściciel milczy i nie rozpoczyna starań o przywrócenie świetności zabytku.
Nie udało nam się niestety skontaktować z przedstawicielami spółki Easy.pl, by móc przedstawić jak najbardziej obiektywne opinie obu stron. Próby te nie powiodły się również dziennikarzom innych redakcji, którzy wcześniej zajmowali się tematem zajezdni.
Determinacja dla dobra zajezdni
– W związku z przewlekłą bezczynnością właściciela, konserwator zapowiada podjęcie kolejnych kroków, które być może przywrócą właściciela do porządku. Na właściciela nieruchomości została już nałożona kara finansowa w wysokości 50 000 zł – powiedział „Twojej Gazecie” rzecznik Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Marcin Tymiński.
Łączna wysokość nałożonych kar może sięgnąć 200 tys. zł. Kary mogą być nakładane w dowolnych odstępach czasowych. Pytanie tylko, czy w interesie właściciela nie będzie zapłacenie kary i dalsze milczenie w kwestii remontu zabytku. Są także w dyspozycji konserwatora inne, jeszcze ostrzejsze, działania.
Zlecenie remontu zastępczego, który przeprowadza starosta, skutkuje obciążeniem kosztami właściciela. To rozwiązanie również brane było pod uwagę, podobnie jak i najbardziej restrykcyjne wyjście z sytuacji – wywłaszczenie, które jednak ze względu na wysokie koszta i długi czas trwania, traktowane jest jako ostateczność. Do tej pory nie było stosowane, więc już sama wzmianka o takim wyjściu z sytuacji świadczy o determinacji konserwatora.
Warto wiedzieć, że na właściciela zabytku czekają nie tylko obowiązki, ale także wymierne przywileje. Nagrodą za dbałość o zabytek może być m.in. ulga od podatku od nieruchomości. Warunkiem jest jednak odpowiednie utrzymanie i konserwacja. Miasto oferuje także pomoc państwa w utrzymaniu zabytku.
Przepisy przepisami, plany wciąż prezentują się tylko na wizualizacjach. A rzeczywistość? Rzeczywistość na razie straszy. Oby po bardziej radykalnych, podjętych już działaniach, przyszedł czas na odpowiedź właściciela, a tym samym szansa na przywrócenie świetności tego legendarnego fragmentu Oliwy.
Będziemy na łamach „Twojej Gazety” śledzić losy zajezdni.


Komentarze
Niestety, chyba jednak zamierza
Właściciel chyba nie zamierza czekać kolejnych 140 lat ;-)
to dobry temat na dobry reportaż.
Całkiem możliwe, że polityczna. Jakby odebrać ten teren wraz z zabudową przejmie miaste, też może stwierdzić, że nie ma środków na renowację, bo są ważniejsze inwestycje. Miasto samo sobie chyba nie nałoży kary?
Może właśnie o to chodzi właścicielowi, w końcu lokalizacja ziemi jest bardzo korzystna, więc może więcej zarobi budując tam np. apartamentowiec ?