Strona główna GDAŃSK: Śródmieście Niespokojny duch dziennikarza

Niespokojny duch dziennikarza

Email Drukuj
foto

Właśnie kończyliśmy przygotowywanie ostatnich styczniowych gazet, gdy nagle dotarła do nas tragiczna wiadomość. Nasz redakcyjny kolega Tomek Zając nie żyje! Z początku nikt z nas w to nie uwierzył. „Pomyłka! Tak, na pewno pomyłka” – mówiliśmy do siebie. „Przecież wczoraj go widziałem…”, „do mnie dzwonił, chciał coś zmienić w tekście…

Później nie było już wątpliwości. To jednak prawda. Drastyczna, boląca, świdrująca głowę prawda. Zostało tylko biurko, komputer, plik papierów na blacie i krzesło z przerzuconą przez oparcie bluzą. Miał tylko 44 lata…

Tomek był totalną indywidualnością i dziennikarskim geniuszem. Wiedzieli o tym doskonale naczelni z „Dziennika Bałtyckiego” czy „Newsweeka”, zaś talent reportera z kamerą docenili w BBC, której Tomek był korespondentem w Polsce, i w redakcji TVN.

– Tomka polecił mi któryś ze znajomych gdańskich dziennikarzy. To była późna wiosna 1997 roku. Miał trudne zadanie zorganizowania współpracy z Video Studio Gdańsk i otwarcia oddziału TVN w Gdańsku. Trzeba przyznać, że dał radę. Tomek był trochę zwariowany i trochę nieobliczalny. Ale to był porządny chłopak – wspomina Grzegorz Miecugow z TVN.

Zafascynowany militariami i historią włóczył się w weekendy z grupą przyjaciół, szukając w bunkrach, fortyfikacjach i lasach nieodkrytych jeszcze tajemnic. Ale gdy trzeba było jechać na prawdziwą wojnę i samemu pisać nową historię, nie wahał się ani minuty. Gdy „płonęły” Bałkany, musiał tam być. A tak ten epizod wspomina Wojciech Jankowski, reporter radia RMF FM:„Spotkaliśmy się w stolicy Macedonii, Skopie. Ja, razem z fotoreporterem Łukaszem Głowalą, po ponad 40-godzinnej podróży samochodem dotarłem na miejsce w połowie kwietnia. Tomek, sam, kilka dni później. Zamieszkaliśmy w jednym pokoju niewielkiego pensjonatu w peryferyjnej dzielnicy Skopie.

Do <<pracy>>, czyli na miejsce wydarzeń, mieliśmy kilka kilometrów. Dzień w dzień, każdej godziny razem… Któregoś dnia, szukając tematu, wybraliśmy się w góry na granicę z Kosowem w okolicy miejscowości Kumanowo. Wąska, górska droga wiła się niemiłosiernie, ale dotarliśmy wreszcie do prawdziwej serbskiej zagrody. Było wszystko, co trzeba: uzbrojeni w kałasznikowy mężczyźni i 20-litrowy baniak bałkańskiego samogonu, czyli rakii. Rozmawiało się fantastycznie o Kosowarach (tak Serbowie określali uciekinierów z Prisztiny) i o amerykańskiej agresji. Wszystko oczywiście sowicie zakrapiane zawartością baniaka. Kiedy zaczął zapadać zmrok, a Serbowie niekoniecznie okazywali miłość do przedstawicieli państwa należącego do NATO, mówię do Tomka: pora wracać. A on na to: no co Ty, fajnie jest, pogadajmy jeszcze, to ciekawi ludzie. I tak jeszcze kilka godzin do czasu, kiedy zrobiło się naprawdę <<gorąco>> i nasi serbscy gospodarze nie tylko słowami zaczęli dawać do zrozumienia, byśmy stamtąd zniknęli. Dopiero wówczas Tomek karnie wsiadł do samochodu i odjechaliśmy.”

Tomek kochał też lotnictwo. Jako pilot szybowcowy godzinami „zanudzał” nas opowieściami z przestworzy. Na łamach naszej gazety walczył o uratowanie aeroklubu z Pruszcza Gdańskiego. Jak dziecko cieszył się, gdy czarne chmury zniknęły znad lotniska.

Jak dziecko się cieszył, bo z dziecka dużo w nim było, a i na losy dzieci był niezwykle wrażliwy.

Pamiętam, jak w 2007 roku jako wydawnictwo prowadziliśmy obsługę medialną i biuro prasowe regat „Baltic Sail”. Praca w namiocie nad Motławą od 9 rano do 19 wieczorem, a ja nie miałem z kim zostawić 8-letniego wówczas syna. Ciągałem go ze sobą do gdańskiej mariny. Praktycznie każdego dnia Tomek załatwiał dla mojego Bartka jakieś atrakcje. A to wziął go na pokład „Nordy”, a to na motorówkę, a to wreszcie dał mu do ręki „pilota”, by mógł posterować osobiście modelem pływającym jednego z uczestników zawodów. Zresztą stosunek Tomka do życia, cierpienia, a w szczególności cierpienia małych dzieci doskonale ujawnia się w lekturze jednego z jego felietonów, który zamieszczamy obok. Warto przeczytać.

Dusza wagabundy i zamiłowanie do ekstremalnych wyzwań pchnęła go w 1995 roku do bazy polarnej w Kanadzie, skąd relacjonował pierwszą wyprawę Marka Kamińskiego i Wojciecha Moskala na biegun północny.

– Tomek chętnie mówił o wyprawach z polarnikami. Jedną z historii lubił najbardziej. Tę, która opowiadała, jak kręcili zdjęcia do reportażu. Z braku pieniędzy musieli nagrywać sceny za stodołą w jakimś małym miasteczku, bodajże w Kanadzie. W filmie poszły one jako obrazki spod bieguna – mówi Wojciech Jankowski. – Zresztą Tomek zawsze lubił dyskusje, lubił opowiadać. W Murmańsku w sierpniu 2000 roku spaliśmy w jednym pokoju jedynego hotelu w tym mieście. Podobnie zresztą jak niemal wszyscy pozostali dziennikarze z całego świata. Którejś nocy rozmawialiśmy długo i tak głośno, że co jakiś czas interweniowała sąsiadka z pokoju obok, flegmatyczna obywatelka Królestwa Brytyjskiego. Twarz skądś znaliśmy, ale nie mogliśmy sobie przypomnieć skąd. Dopiero pierwszy obejrzany serwis telewizji BBC przywrócił nam pamięć. Zobaczyliśmy w nim naszą zmęczoną koleżankę, której nie przypadły do gustu nasze nocne dysputy. W Murmańsku też zaplanowaliśmy z Tomkiem jeszcze jeden wspólny wyjazd, do Kaliningradu. Niestety, nie udało się go zrealizować i już się nie uda… – wspomina Wojciech Jankowski.

W redakcyjnym pokoju często oglądaliśmy na youtube skecz kabaretu Neonówka „Niebo”, w którym pijany Lucyfer, dzwoniąc do Najwyższego, w pewnym momencie zapytał: „Ale Ty, Bogu…, Ty cały czas walisz do sznura?”, gdyż ten miał zwyczaj rozmawiania, przystawiając jedną końcówkę oplatającego go w pasie sznura do ucha, a drugą do ust. Tomka tak rozbawił ten skecz, że niemal za każdym razem, gdy dzwonił do nas, to zamiast powitalnego „cześć” słyszeliśmy: „Ale Ty, Bogu… Ty cały czas walisz do sznura?”.
Teraz mogą już sobie pogadać w cztery oczy…
 

Komentarze 

 
+3 #2 2010-03-04 01:14
Niejeden życiorys daloby się obdzielić ... osiagnięciami i temperamentem :-)
Zawsze się pisze, że to strata, ale to JEST strata. Absurdalna jakaś ironiczna i nie do przyjęcia.
Tomek, to człowiek, w którym życie buzowałao, kipiało i nie dawało spokoju. Taki typ, co zatraca się (dosłownie i z pełnym oddaniem) w tym, co robi i co mu nie służy. Uroczy i wkurzający, zabawny i irytujący, niesamowicie kontaktowy i zamknięty w sobie, wrażliwy, ciepły egoista, inteligentny \"jak Gombrowicz\"...
Nie napiszę, że \"był\". Nigdy!
Jeśli to czyta, to ma niezły ubaw, ale niech tam - \"nostalgia mi za Tobą wykrzywiła gębę, lecz ty się śmiej!\"
Cytować
 
 
+1 #1 b 2010-02-27 14:23
Trudno się pogodzić ze śmiercią Tomka.
Trudno w nią uwierzyć.
Cytować
 

Dodaj komentarz