Henryk W. nie miał żadnych szans, by przeżyć. Pchnął skrzydło drzwi wiodących do klatki schodowej i w tej samej chwili zaczajony za drzwiami mężczyzna zadał pierwszy cios.
Henryk W. nie miał żadnych szans, by przeżyć. Pchnął skrzydło drzwi wiodących do klatki schodowej i w tej samej chwili zaczajony za drzwiami mężczyzna zadał pierwszy cios. Ostrze noża było długie, stal twarda. Trafiło w twarz, przebiło się aż do gardła. Trysnęła krew z przeciętych tętnic. Ogarnięty szałem morderca zadawał kolejne ciosy. Biegli sądowi skrupulatnie policzyli obrażenia - dwanaście ran głowy, klatki piersiowej, pleców. Wszystkie ciosy zadane z wielką siłą. Stal przebiła kości czaszki, połamała żebra. Ktoś, kto zabijał w ten sposób, wbijając nóż najpierw w twarz, a potem w plecy konającej już ofiary, musiał być silny i działać w gniewie, który go zaślepił, odebrał kontrolę. Tak zabija ktoś, kto nienawidzi ofiary.
Henryk W. wykrwawiał się na śmierć w bramie domu. Leżał w ogromnej kałuży krwi, nogi wystawały na ulicę. Co najmniej trzy osoby wychodziły lub wchodziły do klatki schodowej. Mijały ciało. Nikt nie pomyślał, że mężczyzna jest martwy, wszyscy ocenili, że to zamroczony alkoholem pijak. Ktoś o miękkim sercu zdjął z nóg trupa buty i podłożył mu pod głowę. Dla wygody.
O piątej rano w mieszkaniu na piętrze obudziła się Anna B. Machinalnie sprawdziła ręką miejsce obok. Było puste. Przyjaciel, Henryk W., nie wrócił na noc. Anna B. narzuciła coś na siebie, zeszła na parter i natknęła się na potwornie okaleczone ciało. Nie rozpoznała zmasakrowanej, podziurawionej nożem twarzy. Poznała Heńka po ubraniu. Z krzykiem pobiegła do sąsiadów. Wezwano policję, pogotowie, zjawił się prokurator.
Od początku było jasne, że Henryka W. mógł zabić tylko jeden człowiek - 41-letni Jacek S. To on był towarzyszem życia Anny B. aż do dnia, gdy z więzienia wyszedł Heniek i odebrał mu Ankę. Wziął ją, przywłaszczył sobie. Jak rzecz. Jacek S. poczuł gorycz nienawiści, wkrótce uznał, że jedynym sposobem pozbycia się rywala jest morderstwo.
Trzech policjantów zapukało do drzwi mieszkania zabójcy w Gdańsku. Nie odpowiadał, więc funkcjonariusze podeszli od strony podwórka. Jacek S. uchylił okno. Powiedział, że nie może otworzyć drzwi, bo zgubił klucz. Policjanci weszli do mieszkania przez okno.
Minęło wiele godzin od dramatycznych wydarzeń w bramie domu, a zabójca nawet nie umył rąk. Była na nich gruba warstwa zaschniętej krwi. Krew zakrzepła na swetrze, w który ubrany był Jacek S., a także na spodniach leżących na fotelu. Kilka miesięcy później, już w sądzie, Jacek S. powtarzał z uporem, że tamtego dnia nie było w jego mieszkaniu zakrwawionej odzieży. A policyjne zdjęcia spodni i swetra? I na to pytanie miał gotową odpowiedź:
- Oni nanieśli krew na zdjęcia komputerowo - przekonywał sędziów. - Te plamy, to informatyczna manipulacja.
Śledztwo i przewód sądowy pozwoliły zrekonstruować przebieg i okoliczności makabrycznej zbrodni. Henryk W. istotnie odebrał Jackowi S. kobietę. Była jego już zanim trafił do więzienia, więc kiedy „odpękał” wyrok przyszedł „po swoje”. Jacek błagał Annę, by została. Odmówiła. - Heniek łeb mi rozwali - powtarzała. - Muszę z nim być. W sądzie powiedziała: - Jacek S. bił mnie, znęcał się. Wolałam Henryka W.
Kilka tygodni przed krytycznym dniem Anna B. przyszła do Jacka po resztę swoich rzeczy. Był z nią Henryk W. Wtargnął do mieszkania z pistoletem-straszakiem w ręku. Jacek S. zdenerwował się, chwycił siekierę i zamierzył się na Heńka. Źle osadzone ostrze spadło, ale Jacek S. uderzył rywala samym trzonkiem w czoło. Pociekła krew. Heniek rwał się do bicia, Jacek przestraszył się i uciekł przez okno na podwórko. W zamieszaniu Henryk W. zgubił pistolet. Anna B. zabrała swoje rzeczy i oboje - z „nowym-starym” przyjacielem - wyszli z mieszkania. Jacek S. wołał z podwórka o pomoc. Nikt nie zareagował.
Był w rozpaczy. - Ona nie chciała być z Heńkiem - przekonywał prokuratora. Zanim zabił, wysłał do policji anonimowy list. „W mieszkaniu Henryk W. przetrzymuje kobietę o imieniu Anna - pisał. - Ona nie chce tam być, on grozi, że „zdejmie” jej głowę. Ta kobieta nigdzie nie może wyjść, Henryk W. dosypuje proszki nasenne do wódki i każe jej pić. Grozi bronią palną”.
Policja nie zareagowała na anonim, nikt nie sprawdził jaka była prawda.
Pod okaleczonym ciałem Henryka W. odnaleziono zapalniczkę i foliowy woreczek na tytoń. Jacek S. żył w biedzie, często nie stać go było na papierosy. Zbierał z chodnika niedopałki, wykruszał z nich resztki tytoniu, potem robił skręty.
- Zapalniczka nie jest moja - wypierał się morderca. - Ta jest zielona. Moja była z żółtą obwódką.
Kiedy przekonał się, że Anna już do niego nie wróci, zaczął ją śledzić. Wystawał pod domem, chodził za Anną i Henrykiem, zapamiętywał ich stałe trasy. 9 czerwca, przed północą, zaczaił się w bramie. Widział, że Anna wróciła wcześniej, a Heniek poszedł gdzieś pić z kolegami. Wiedział, że wróci. Nie wiadomo było jedynie, czy wróci sam. Ale „poszczęściło się”.
Zaatakował znienacka, w ciemności, z wściekłością. Tym razem był górą. Dla pewności uderzał nożem wiele razy, aż Henryk przestał się poruszać i ustały agonalne drgawki.
Narzędzia zbrodni nie odnaleziono, proces miał częściowo charakter poszlakowy. Nikt nie widział jak Jacek S. mordował rywala. Badania kryminalistyczne dostarczyły jednak niezbitych dowodów. Krew na rękach mordercy była krwią Henryka W. Potwierdziły to analizy genetyczne. Podobnie z niektórymi plamami krwi na ubraniu denata. Zadając ciosy Jacek S. zranił się w rękę. Jego krew obryzgała spodnie umierającego.
Podczas rozprawy Jacek S. forsował absurdalne wersje wydarzeń. Przekonywał sędziów, że rano, w dniu zabójstwa, spał w swoim mieszkaniu. Spał twardo, bo zażył tabletkę uspokajającą. Anna miała klucze do mieszkania. Weszła po cichu, zabrała zapalniczkę i woreczek na tytoń, podrzuciła te rzeczy pod martwe ciało Henryka W.
- Wszyscy, wszyscy perfidnie kłamią! Nie zabiłem Heńka! Nie zabiłem go! - wykrzykiwał. - Anna skarżyła się, że on jej podaje narkotyki, chciała się uwolnić.
Zeznawali biegli. Według ich zgodnej opinii ciosy zadawane były z taką siłą, że prawdopodobne jest, iż w czasie brania potężnych zamachów z kieszeni spodni mordercy wypadła zapalniczka i woreczek na tytoń.
Anna B. potwierdziła: - Tak, bałam się odejść od Henryka W. Nie bił mnie, ale groził, że rozwali mi głowę, gdybym to zrobiła.
Tydzień przed zabójstwem spotkała się z Jackiem S.
- Nie mogę do ciebie wrócić - rozwiała jego nadzieję.
- Nie martw się. Sam to załatwię.
I załatwił.
Sąd ocenił premedytację i okrucieństwo sprawcy. Za Jackiem S. na 25 lat zatrzasnęła się więzienna brama. Obrońca nic nie wskórał - Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał wyrok w mocy.
(W cyklu „Pod Paragrafem” piszemy o głośnych sprawach kryminalnych, jakie miały miejsce w Trójmieście i okolicach, aktualnie, lub w minionych latach – red.)


Komentarze