Gdańska Wyspa Spichrzów to jedna największych zgryzot władz miasta. Skupiająca wzrok turystów spacerujących nad Motławą straszy brzydotą tak bardzo, że jedynym rozwiązaniem wydaje się zastosowanie czapki niewidki. Miasto dwoi się i troi, by miejsce odzyskało dawny blask. Idzie opornie.
Wyspa Spichrzów to miejsce magiczne. Nazwa wyjaśnia wszystko. Spichlerz to jedno lub kilkukondygnacyjna budowla przeznaczona do przechowywania materiałów sypkich, głównie ziaren zbóż. Cechy charakterystyczne bryły spichlerza to strome dachy, trójkątne szczyty i mała liczba okien.
Wczoraj i dziś
Spichlerze na gdańskiej Wyspie Spichrzów powstawały już w XIII wieku. Wtedy miejsce to zaczęło pełnić rolę dzielnicy przemysłowej i magazynu dla rozwijającego się przy brzegu Motławy handlu i transportu. W XIX wieku na wyspie było już ponad trzysta spichlerzy. Nic w tym dziwnego. Miasto przeżywało gospodarczy rozkwit. Ruch nie ustawał. Dodatkowe wsparcie stanowiła kolej. Jako ciekawostkę można dodać, że wagony kolejowe ciągnięte były przez konie, a nie jak to zwykle bywa przez parowozy. Dzisiaj koni na wyspie już nie wypatrzymy. Można natomiast bez trudu dojrzeć tory kolejowe wijące wzdłuż wąskich uliczek. Niestety nie poczuje się dawnej atmosfery, jaka panowała w tym miejscu. Obecny stan wyspy to sól w oku miasta.
Gdy chcieć to za mało
Staraniom o rewitalizację terenu towarzyszą kolejne przetargi i kolejni deweloperzy. W południowej części wyspy co nieco się dzieje. Największego wysiłku wymaga przywrócenie blasku północnego cypla Wyspy Spichrzów. Ta część wyspy zatrzymała się w czasie. Precyzując: w 1945 roku, kiedy to wyspa została zniszczona przez Armię Czerwoną. Północny cypel wyspy to obecnie działka o powierzchni ponad 2,5 ha, która miałaby zostać oddana we władanie jednego inwestora. Do tej pory do północnego cypla zalecało się już kilkoro absztyfikantów. W blokach startowych stanęła amerykańska spółka Genesis Hotels Gdańsk, WSC Investments, a także Martinsa Fadesa. Za każdym razem kończyło się na dobrych chęciach. Ostatnia spółka musiała wycofać się z powodu wewnętrznych problemów finansowych. Cztery lata temu, w 2007 r., miasto zdecydowało się przełomowy krok: ogłoszono konkurs na zagospodarowanie wyspy. W niezwykły dzień, bo w sylwestra, 31 grudnia 2009 r., doszło do podpisania umowy między miastem Gdańsk a wyłonioną w konkursie spółką deweloperską Polnord SA.
Przedłużona rozgrzewka Polnordu
Początki były optymistyczne jak zwykle. Deweloper w komunikacie prasowym składał hucznie brzmiące obietnice. Byłoby szkoda, gdyby miały mieć one wydźwięk tylko sylwestrowych życzeń. Budowa projektu miała rozpocząć się w trwającym właśnie roku. Tymczasem dotychczas nie została nawet zawiązana spółka celowa. Bez zawiązania spółki nie ma mowy o realizacji projektu inwestycyjnego, a przecież od rozpoczęcia projektu do samej budowy również upłynie sporo czasu. Tymczasem jedyne, co wydarzyło się do tej pory to kolejne przesunięcia terminów. Pierwotnie spółka celowa miała powstać w marcu, później w lipcu. Obecna obietnica wskazuje na listopad. Dobra wiadomość jest taka, że chodzi o listopad tego roku.
Precyzyjne przygotowanie to warunek powodzenia tej skomplikowanej inwestycji – tłumaczy w wypowiedziach Bartosz Puzdrowski, prezes Polnord SA. Spokoju i opanowania nie tracą również władze Gdańska.
- Powodem przesunięcia terminu jest konieczność wykonania dodatkowych czynności i uzgodnień będących kontynuacją prac już prowadzonych przez Polnord SA – uspokaja Anna Dobrowolska z biura prasowego prezydenta Gdańska.
W pokojowych nutach wybrzmiewa także wspólny komunikat miasta Gdańska i Polnord SA. Komunikat ujrzał światło dzienne 13 lipca. Oby 13-tka nie okazała się pechowa, a wyspa przeklęta. W listopadzie „Twoja Gazeta” na pewno poinformuje o dalszych losach tego magicznego miejsca.


Komentarze