Strona główna GDAŃSK: Śródmieście Staruszek jarmark ma się dobrze

Staruszek jarmark ma się dobrze

Email Drukuj

 Sztuczny, udawany i nieprawdziwy, a jednak potrafi stworzyć egzotyczny klimat :: fot. Urszula Abucewicz    To nie molestowanie seksualne, lecz masaż leczniczy. Jak widać tłum przechodzących gapiów nie przeszkadza :: fot. Urszula Abucewicz  Perełka jarmarku. Nie tylko chleb ze smalcem, ale arbuz lub melon mogą się stać przekąską podczas zwiedzania kolejnych atrakcji :: fot. Urszula Abucewicz  Już w łonie mojej najukochańszej matki, musiałam dziergać, od   dzieciństwa zawsze coś z niczego tworzyłam. Szyłam gobeliny, dywany,   maluję. Po prostu mam talent – śmieje się Elżbieta Domińczak :: fot. Urszula Abucewicz

Kolczyki, spinki, wisiory, różnych kształtów, ornamentów i barw. Raj dla modystek, ceniących artystyczny wygląd i oryginalne dodatki.

Można przebierać w awangardowych strojach, czy ręcznie plecionych butach. Wszyscy wiedzą, że siłą Jarmarku Dominikańskiego są kramy artystów i rzemieślników. Na sprzedawców handlujących chińszczyzną spuśćmy kurtynę milczenia.

Trochę historii
Jarmark św. Dominika liczy sobie 751 lat! Został ustanowiony w 1260 roku bullą papieża Aleksandra IV, który przywilej organizowania jarmarku nadał gdańskim dominikanom. Początkowo kupcy gościli na placu Dominikańskim. Można było u nich kupić kaszubską ceramikę, czeskie szkło, toruńskie pierniki, rosyjskie futra, morskie bursztyny czy azjatyckie przyprawy... Z czasem na jarmark zaczęło przybywać 400 statków, w mieście rozbrzmiewało wiele języków. Plac Dominikański bardzo szybko przestał wystarczać, zaczęły powstawać inne place targowe: Drzewny, Sienny, Węglowy, Rybny – ich nazwy pochodzą od towarów, jakimi na nich handlowano, lub (jak w przypadku Długiego Targu) od jego kształtu. Mimo rozkwitu imprezy, okoliczności historyczne wymusiły rezygnację z targów. Wybuchła II wojna św., jarmark zniknął aż na 33 lata. Dopiero w 1972 roku znowu ulice gdańskiej Starówki zajęły stragany i stoiska. Za przywróceniem do istnienia targów, bez których teraz nie wyobrażamy sobie wakacji w mieście, stoi Wojciech Święcicki, dziennikarz „Wieczoru Wybrzeża”. W latach PRL-u jarmark był powiewem zachodu, rodziny zaopatrywały się w – nie do zdobycia na co dzień -buty, bieliznę czy pościel, które, zbierane przez cały rok, „rzucano” na jarmarkowe stoiska. Teraz to nie tylko handel (zresztą wszelkie towary są dziś oferowane przez cały rok, a problemem bywa tylko stan kasy), ale też dobra zabawa.

Kowal z Czech

Atrakcją jarmarku są pokazy kowalstwa. Stoisko z syrenim ogonem, rycerską zbroją i czeskimi dzwonkami jest mocno oblegane, tym bardziej, że można spróbować swoich sił i samemu wykuć np. grot.
- Kowalstwo jest teraz bardzo popularne. Wykonujemy bardzo wiele elementów do wyposażenia domów – mówi Jan Kowacz z Czech (jego godność po polsku brzmiałaby Jan Kowal), który nauki pobierał w Turnowie, zakład prowadził w Łomnicy nad  Popiełką, a od 10 lat jeździ po świecie, popularyzuje kowalstwo, gości na europejskich sympozjach oraz nawiązuje współpracę z innymi „siłaczami”.


Coś na ścianę, a może do ucha?

Kramów z biżuterią, ubraniami, czapkami i butami aż nadto. Uśmiechają się ze straganów kolorowe przytulanki, intrygują obrazki. Na jednym ze straganów podziwiam oryginalne prace, jednak artystka nie chce zdradzić, jaką stosuje technikę.

– To jest ceramika, a technika moja własna, dlatego nie chcę jej ujawniać – mówi pani o pseudonimie Baja. – Głównym motywem mojej twórczości są koty, bo sama jestem jak kot.
Ale z ceramiki można wykonywać również zachwycającą biżuterię. Bożena Roman od 20 lat jest wierna temu tworzywu.

Jest to technika zbliżona do majolikowej, każdy z takich elementów jest wypalany w temperaturze ok. 900, czy nawet 1000 st. C., potem przeze mnie ręcznie malowany – opowiada artystka.
Idąc dalej, widzę oblegane stoisko i panią dziergającą kolejne kolczyki. Nie spodziewałam się, że znajdę tak barwną rozmówczynię.

Już w łonie mojej najukochańszej matki, musiałam dziergać, od dzieciństwa zawsze coś z niczego tworzyłam. Szyłam gobeliny, dywany, maluję. Po prostu mam talent – śmieje się Elżbieta Domińczak. – Jestem szalona, w dobrym tego słowa znaczeniu. Skończyłam trzyletnią szkołę architektury, ale właściwie do wszystkiego dochodzę sama.
Nową parę kolczyków już mam, może teraz poszukam efektownego obrazu, albo   grafiki na moją pustą ścianę w salonie? Co ciekawe, mijam kolejny kram z obrazami olejnymi, które raczej przypominają plakaty. A mnie tak kusi reprodukcja Tamary Łempickiej prezentowana na pewnym straganie.

Taka ekspozycja prac wynika z oszczędności miejsca – tłumaczy Agnieszka Hippe, pracująca na jednym z takich stoisk. – Są to obrazy wykonane farbami olejnymi, przez artystów z Olsztyna. Wystarczy dotknąć, żeby się przekonać, że to nie jest żaden wydruk komputerowy. Natomiast nabicie na blejtram, czyli na takie cztery deseczki, obrazu o wielkości 50x60 kosztuje ok. 40 zł.

Jak to smakuje!
Drepcząc po ul. Tkackiej, słyszę, że w jednej z budek serwują przepyszne sery. O popularności kramiku świadczy kolejka cierpliwie czekających smakoszy.

– Są to sery ręcznie robione, ekologiczne, z owczego mleka. Produkujemy 4 gatunki owczego sera, od delikatnych 3-tygodniowych, aż po roczne, w tym nasz specjał blue, roczny ser pleśniowy, ostry, który się świetnie komponuje z piwem czy winem – mówi Alicja Bogiel, pracownica rancza Frontiera, na Mazurach, pod Mrągowem, na którym wyrabia się takie serowe cuda.

Dla pasjonatów Ameryki Południowej

Nie trzeba chodzić boso, jak Wojciech Cejrowski, by móc rozkoszować się herbatą rodem z Argentyny. Odkrywam jedno ze stoisk wypełnionych po brzegi różnymi jej rodzajami i naczyniami, w których się ją pije, czyli tykwami. Ucinam sobie miłą pogawędkę z panią Agatą Gołębiowską, z firmy Yerba-Art, która do Gdańska przyjechała z Dąbrowy Górniczej i już wiem, dlaczego tę herbatę należy zaparzać tzw. białą wodą (70 st. C.).

– Jeśli zaparzymy ją wrzątkiem straci wszystkie swoje właściwości. A przecież zawiera ona witaminy z grupy B, magnez, potas, żelazo. Oczywiście także kofeinę. Te mocniejsze na 50 g suszu mają ok. 0,48 miligrama kofeiny, czyli jest to taka dawka jak mała espresso. Piję mate od 5 lat. I zauważyłam, że lepiej się po niej czuję i łatwiej mi się skoncentrować – tłumaczy pani Agata.

Gdy mijam kolejne stragany, nagle przede mną wyrasta Indianin z Andów, w pełnym rynsztunku, z imponującymi pióropuszami, innymi akcesoriami i, oczywiście, długimi włosami. Pozostając w klimatach argentyńsko-paragwajskich, myślę sobie, jak tu mimo wszystko nie lubić jarmarku?
 

Komentarze 

 
0 #4 Janina 2011-09-05 01:53
Nie widziałam żadnej tandety, lubię jarmark, fajna atmosfera, fajni ludzie, byle tak dalej
Cytować
 
 
0 #3 Olga 2011-09-04 16:27
Tylko ten indianin, sama nie wienm, co o tym myslec
Cytować
 
 
0 #2 Alicja P. 2011-08-22 16:11
Lubię ten klimat. Oczywiście na stragany z chińszczyzną nawet nie zachodzę. Ja szukam okazów biżuterii :)
Cytować
 
 
0 #1 Togo 2011-08-22 14:45
Dla mnie i tak jarmark to tandeta
Cytować
 

Dodaj komentarz