Strona główna GDAŃSK: Śródmieście Dombrowski – potomek Heweliusza

Dombrowski – potomek Heweliusza

Email Drukuj

 Dieter Dombrowski (z kwiatami) to potomek Heweliusza :: fot. Wiesław Malicki

Jesteśmy akurat w połowie obchodów Roku Heweliusza. Rozpoczęły się w Gdańsku  28 stycznia 2011, w 400 rocznicę urodzin tego najsłynniejszego gdańskiego naukowca – astronoma, a zostaną zakończone  28 stycznia 2012, czyli w rocznicę jego śmierci.

Heweliusz zmarł dokładnie w 76 rocznicę urodzin. Podobno przewidział tę datę, choć, jak twierdzą ojcowie karmelici z kościoła św. Katarzyny, gdzie słynny naukowiec został pochowany, nie miał zwyczaju czytać w gwiazdach ludzkich losów, on tylko badał je jako astronom, zresztą religia zabraniała mu astrologicznych praktyk.

W pierwszą niedzielę sierpnia br. z Berlina przybył do Gdańska Dieter Dombrowski (na zdjęciu to ten z kwiatami) – potomek Jana Heweliusza w 18 pokoleniu. Po kądzieli, bo słynny gdańszczanin dochował się tylko dwu córek – jedyny syn zmarł we wczesnym dzieciństwie. Pan Dombrowski – z zawodu dziennikarz - bywał w Gdańsku i na Pomorzu jeszcze w czasach głębokiej komuny. Jako przybysz z Niemiec Zachodnich w oczach komunistycznych władz uchodził za personę wysoce podejrzaną. Przydzielono mu Anioła Stróża, który towarzyszył mu wszędzie. Chodził  za nim krok  w krok. Jeździł za jego samochodem. W hotelach nocował w pokoju obok. W końcu obaj panowie prawie się zaprzyjaźnili. Kiedy przybysz zza żelaznej kurtyny zwiedzał Bazylikę Mariacką, Anioł Stróż spróbował mu zaimponować:
- A wie Pan – zagadnął - że pod tymi płytami w posadzce ludzie są pochowani?
Dieter zaczął się śmiać.
- No wie Pan – oburzył się tamten. - Prawdę mówię.
- Panie kochany – wyjaśnił mu dobrotliwie Dieter – wiem, tu są  moi praprzodkowie.

Herr Dombrowski dobrze zapamiętał jeszcze jedną wizytę. Chciał być w Gdańsku pod koniec sierpnia 1980 roku. Z powodów jak najbardziej osobistych. Miał skończyć 50 lat i nie chciał tego jubileuszu obchodzić w Niemczech, gdzie taki Geburstag jest mocno celebrowany. Te mowy pochwalne, te niby serdeczne życzenia w pracy, a wszystko podszyte radosną obłudą. Nie przetrzymam tego - pomyślał. No, Dieter – stwierdził, teraz jesteś już stary, jedź świętować sam, do krainy przodków.

Łatwo wykombinować, gorzej zrealizować. Polska ambasada nie wydawała wiz ludziom spoza żelaznej kurtyny, bo w kraju już się gotowało. Wykombinował, aby zwrócić się do premiera Mieczysława Rakowskiego. W końcu byli kolegami po fachu:
- Panie premierze! Niech Pan pomoże koledze – poprosił i wyłuszczył mu problem.
Rakowski pomyślał chwilę:
- Możesz Pan dostać akredytację przy sopockim Festiwalu Piosenki.

Niestety, kiedy prom dopływał do gdańskiego Nowego Portu, kapitan obwieścił pasażerom, że nie przybiją, bo w mieście rozruchy i nikt nie wysiądzie na ląd. Panu Dieterowi ciemno się zrobiło przed oczyma, ale kiedy już mu pojaśniało spostrzegł, że prom jednak zbliża się do nabrzeża.  Kazano kapitanowi zabrać na pokład cudzoziemców, których właśnie chciano się pozbyć z miasta.

Nasz bohater, korzystając z zamieszania, wyprowadził swoje auto na brzeg. Zaprotestował oficer Straży Granicznej.
- Panie – oburzył się Dieter – chcesz Pan, żeby na Zachód nie poszła transmisja z Festiwalu Sopockiego?
Tamten widocznie nie chciał ryzykować międzynarodowego skandalu:
- Dobra – powiedział – zjeżdżaj pan.

Uszczęśliwiony Dieter zameldował się, jak zawsze, w Hotelu Heweliusz, gdzie był jedynym gościem, jako że zatrzymywali się tam wtedy prawie wyłącznie goście ze strefy kapitalistycznej, których właśnie wyproszono. Wieczorem feralnego dnia jubileuszu samotnie zasiadł w barze, naprzeciwko całej ściany dobrej klasy alkoholi. Uśmiechnął się i rzekł do siebie:
- No, stary, teraz możesz obchodzić swój jubileusz.
I wtedy drzwi otwierają się z hukiem, wpada cała gromada jego kolegów po fachu, którzy jak się okazało, przedarli się do Polski przez Austrię.

Dieter – stary byku, tu mieszkasz? Ludzie, on ma najlepszy widok na Stocznię – wrzeszczą.
Instalują się w jego pokoju, nawet nie pytając o zgodę lokatora. Kręcą, nagrywają, fotografują.
I w całym zamieszaniu już nikt nie pamięta o fatalnej 50-tce.

- Panie Dombrowski – pytam – jak Pan dotarł do wiadomości o swych przodkach z rodu Heweliusza?
- Interesowałem się moimi przodkami  pochodzącymi z Prus Wschodnich. Z linią Heweliuszowską nie było problemów, w Bibliotece Gdańskiej PAN-u i w Archiwum Gdańskim jest mnóstwo dokumentów, w dodatku po niemiecku. Łatwo było odtworzyć całe drzewo genealogiczne, kłopoty miałem z pochodzącą z okolic między Olsztynem a Iławą  linią Dombrowskich. Jeszcze szukam brakujących dokumentów. Może coś znajdę w archiwach Kaliningradu...
 

Komentarze 

 
0 #6 Horeo 2011-08-21 16:39
Jaki miły, sympatyczny pan!
Cytować
 
 
0 #5 tadeusz 2011-08-16 12:40
Cytuję Uta:
A skąd wiesz? Może właśnie go to ograniczało?


Sam nie wiem. Chciałbym mieć jakiegoś przodka w rodzinie
Cytować
 
 
0 #4 Uta 2011-08-15 21:04
A skąd wiesz? Może właśnie go to ograniczało?
Cytować
 
 
0 #3 internet 2011-08-14 21:00
To jest dopiero background w życiorysie :) zazdroszczę
Cytować
 
 
0 #2 koło 2011-08-13 23:47
Fajnie mieć takich przodków.
Cytować
 
 
0 #1 sobota 2011-08-13 22:15
Nawet nie wiedziałem, że żyje jakiś potomek Heweliusza
Cytować
 

Dodaj komentarz