– Nie boimy się inwestować, dlatego Gdańsk należy do najszybciej rozwijających się miast w naszym kraju – mówi w wywiadzie dla „Twojej Gazety” Bogdan Oleszek, Przewodniczący Rady Miasta Gdańska.
– Od kilku miesięcy przygląda się Pan pracy nowych radnych. Czy można dokonać pierwszych ocen?
– Trzeba im pomagać, ale jest to rzecz normalna. Kilkanaście lat temu, rozpoczynając pracę w gdańskim samorządzie, też liczyłem na taką pomoc. Niektórzy nie wiedzą, gdzie i jak mają organizować swoje dyżury. Tłumaczymy i wyjaśniamy, co należy do kompetencji radnego, a co do urzędu miasta. Myślę, że nie potrwa to długo. Już teraz widać, że niektórzy radni są bardzo aktywni. Sądzę, że będzie z nich dobry narybek na przyszłość. Mówi się, że młody człowiek w radzie miasta nie ma doświadczenia, ale jest wykształcony. Patrząc na nowych pracowników widać, że nie są to nieopierzeni ludzie. Dopiero później będziemy mogli ocenić, jak bardzo radny angażuje się w swoją pracę. Trzeba być pokornym, spotykać się z mieszkańcami, słuchać o ich problemach oraz starać się je rozwiązywać.
– Dobrym doświadczeniem może być praca w radzie osiedla?
– Oczywiście, że tak. W niektórych radach widać, że ludzie interesują się swoim osiedlem i chcą pracować. Dobitnym przykładem może być chociażby Rada Osiedla Strzyża.
– Dlaczego zatem do niedawna obowiązywał aż tak wysoki, dziesięcioprocentowy próg wyborczy? Czy nie można byłoby znieść w ogóle tego przepisu?
– Wpłynął niedawno wniosek koła PO o obniżenie progu do pięciu procent. Mam nadzieję, że będzie to obowiązywało już podczas majowych wyborów do rad osiedli. Nie jestem zwolennikiem całkowitego zniesienia progu wyborczego.
– Dlaczego?
– Obserwujemy doświadczenia innych miast. Taka sytuacja była w Szczecinie. Tam zdarzało się, że rady wybierane były przez kilkanaście osób. Takie organy są dla mieszkańców. Muszą być zbierane podpisy, a później ma być prowadzona akcja wyborcza. Osoby z danego osiedla powinny zjednoczyć się i wspólnie działać, aby osiągnąć cel. Tego zabrakło swego czasu w Oliwie, gdzie akcję prowadziło kilka grup i każda z nich działała na własną rękę. Kiedy o inicjatywie wie szersza grupa osób, jest szansa, że w radzie zasiądą osoby z różnych środowisk, mające odmienne spojrzenie na problemy osiedla. Może to jedynie pozytywnie wpłynąć na ich rozwiązanie.
– Jest szansa na to, by rady mogły otrzymywać dodatkowe pieniądze, jak jest to w Gdyni?
– Myślimy nad tym i już poczyniliśmy pierwsze kroki. Jeszcze w tym roku ogłosimy konkursy, w których do wygrania będą niebagatelne pieniądze. Chcemy też docenić tych, którzy kreują lokalną samorządność. Jesteśmy po rozmowach z Prezydentem Gdańska i możemy już powiedzieć, że pieniądze na ten cel zostały zarezerwowane. Poza tym rady osiedla muszą pomyśleć o swoim PR, muszą się promować. „Twoja Gazeta” jest jedną z nielicznych, gdzie można przeczytać o ich poczynaniach. Jest to dobre źródło i sam czytuję często waszą gazetę, z której mogę dowiedzieć się o tym, co dzieje się w dzielnicy. Takich informacji oczekuję jak najwięcej.
– Nawiązał Pan do prasy, w której kilka tygodni temu informowano o inicjatywie mieszkańców Wrzeszcza, pragnących beatyfikacji Anny Walentynowicz. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
– Od takich rzeczy nie jest rada miasta, tylko instytucje kościelne. Z Anną Walentynowicz miałem okazję pracować w tej samej Komisji Zakładowej Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Znając ją i jej zapatrywania, uważam że nie chciałaby tego. Myślę, że taką akcją robi się nawet krzywdę jej osobie. Nie wiadomo w jakich kategoriach traktować inicjatywę mieszkańców Wrzeszcza. Powinniśmy zapamiętać ją jako ikonę Solidarności. Pamięć o niej należy czcić zupełnie inaczej. Jestem przekonany, że niebawem znajdziemy odpowiednie miejsce, które zostanie nazwane właśnie imieniem Anny Walentynowicz.
– Przejdźmy może do spraw budżetowych. Tegoroczny plan finansowy naszego miasta zakłada, że Gdańsk zostanie zadłużony na ponad pięćdziesiąt procent. Do magicznego progu sześćdziesięciu procent brakuje niewiele…
– Wszystkie rozwijające się miasta, zbliżają się do granicy bezpieczeństwa. Na pewno nie bylibyśmy zadłużonym miastem, gdyby nie masa inwestycji, które w tej chwili realizujemy. Dla przykładu – w Lublinie niewiele się dzieje i zadłużenie jest niewielkie. Można powiedzieć, że jesteśmy odważni w podejmowaniu inwestycji. Taka sytuacja będzie trwać może jeszcze w 2012 roku, ponieważ będziemy dostawać coraz mniej dotacji z UE. Gdyby nie one, niewiele moglibyśmy zrobić. Grzechem byłoby nie wykorzystać środków unijnych czy też z budżetu państwa. Jesteśmy na granicy dopuszczalnego zadłużenia miasta, ale na pewno dopuszczalnej granicy sześćdziesięciu procent nie przekroczymy.
– Mówi się ciągle o dużych inwestycjach. A co z mniejszymi przedsięwzięciami, które są mniej pokazowe, ale bardziej cieszą mieszkańców Gdańska?
– Nie możemy o nich zapominać i sukcesywnie musimy je realizować. Nie mogą kosztem sztandarowych inwestycji cierpieć mieszkańcy, którym cieknie woda na głowę albo spada tynk w mieszkaniach. Należy remontować i naprawiać rzeczy, które tego wymagają. Dotyczy to zarówno mieszkalnictwa, jak infrastruktury drogowej czy też oświaty. Realizacji niektórych przedsięwzięć można doczekać się w miarę szybko. Dowodem niech będzie remont sali sportowej przy Gimnazjum nr 3 na Chełmie, której modernizacja kosztowała dużo, ale efekt jest imponujący.
– No właśnie. A co z obiektami sportowymi? Gdańsk nie imponuje bazą sportową w porównaniu z innymi miastami w kraju.
– Przy gdańskich szkołach powstały boiska ze sztuczną nawierzchnią. Gospodarowanie tymi obiektami musi być jednak lepsze. Docierają do mnie sygnały, że są one zdominowane przez grających zawodowo piłkarzy, a nie służą mieszkańcom. Po wybudowaniu infrastruktury drogowej oraz stadionu naszym następnym celem powinny być mniejsze obiekty sportowe w dzielnicach. Dzięki nim młodzież, zamiast bezczynnie stać na klatce schodowej, będzie mogła pożytecznie spędzać wolny czas w hali albo na pływalni.
–Gdańsk, poza piłką nożną i hokejem, nie ma drużyny w najwyższej lidze. Trochę to smutne, bo niewielka Bydgoszcz ma takich drużyn kilka. Powód jest jak zwykle ten sam – brak funduszy…
– Sport znalazł się niestety w trudnej sytuacji. Przedsiębiorstwa, które są w większości prywatne, niechętnie pomagają klubom. Mając obiekty, chcielibyśmy je odpowiednio wykorzystać. Gdańsk zawsze miał drużyny na wysokim poziomie sportowym i do takich tradycji chcielibyśmy wrócić. Być może po zakończeniu tych dużych inwestycji, o których już wspominaliśmy, miasto skieruje większe środki na sport wyczynowy. Myślę, że inne czynniki też miały wpływ na to, że część sponsorów odsunęła się od sportu. Być może afera korupcyjna w futbolu spowodowała, że gros firm boi się inwestować w piłkę nożną oraz w inne dyscypliny sportowe. Oby taka sytuacja nie trwała zbyt długo.
-Dziękuję za rozmowę.


Komentarze
dobry pomysł, jesteśmy niby strefą graniczną, więc należą nam się jakieś ulgi i przywileje z tego powodu.
miejmy nadzieję, bo bezrobocie rośnie.