Choć tradycja chrztu drukarzy sięga XV wieku, w Gdańsku odbyła się dopiero po raz piąty z rzędu. Ma charakter symboliczny i zabawowy, co nie znaczy, że każdy może doznać wyróżnienia, jakim jest wzięcie udziału w tym rytuale.
– Tradycja ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie – tłumaczy Aleksander Panter, mistrz ceremonii, 34 lata w zawodzie. – Zaczęło się od drukarzy krakowskich, jeszcze średniowiecznych, którzy mieli kodeks etyczny, polegający m.in. na tym, że kto cudzołoży, z drukarzami krakowskimi przystawać nie może.
Marek Kliwer, który od 13 lat pracuje w poligrafii i który został ochrzczony w tym roku, podkreśla, że nie można samemu zgłosić chęci wzięcia udziału w rytuale.
– Odbywa się to na zasadzie nominacji do kapituły Stowarzyszenia Poligrafów Pomorskich – informuje.
– Aby zostać nominowanym, trzeba mieć wykształcenie poligraficzne oraz pracować w branży poligraficznej, czyli w drukarni, minimum 5 lat – tłumaczy Adam Szymański, który podczas chrztu pełnił obowiązki ojca chrzestnego.
– Przechodziłem każdy szczebel w poligrafii. Pracę zaczynałem na stanowisku pomocnika drukarza i stopniowo zdobywałem kolejne doświadczenia. Skończyłem studia poligraficzne w Warszawie i teraz pracuję jako kierownik produkcji. A po chrzcie czuję się naprawdę dobrze! – promienieje energią Marek Kliwer.
A momentami było ciężko. Kolorowa parada ruszyła spod pomnika Neptuna. Na jej czele maszerowali bębniarze, szczudlarze i herold, który nawoływał do wzięcia udziału w ceremonii chrztu drukarzy na placu Kobzdeja. Następnie, w otoczeniu diabełków i chochlików, szli powiązani ze sobą sznurem adepci drukarstwa. Nie była to łatwa przeprawa – w oparach diabelskiego dymu, a co chwila te kosmate istoty kazały im klękać czy kłaść się. Poczet zamykał mistrz ceremonii, ojcowie chrzestni, gąbkowi, trunkowy.
Gdy adepci zmaltretowani, ale – o dziwo – radośni i uśmiechnięci dotarli na scenę na placu Kobzdeja, mistrz ceremonii rozpoczął rytuał:
– Wzywam was, pełnoprawnych towarzyszy sztuki drukarskiej i wszystkich pozostałych obecnych na dzisiejszym obrzędzie nawołuję, abyście mężnie wobec wszego świata dali świadectwo prawdzie, iż obrzędu dzisiejszego naocznymi byliście świadkami, oraz że każdy z ochrzczon dzisiaj na miano spadkobiercy Jana Gutenberga zasługuje i o konszachty z diabłem posądzon być nie może.
Po tych słowach rozpoczęła się ceremonia. Diabły wprowadzały adeptów na scenę, po czym następowało symboliczne usunięcie rogów, ponieważ w zamierzchłych czasach uważano, że skoro drukarze parają się czarną sztuką (jak nazywano niegdyś poligrafię), na pewno mają konszachty z diabłem. Potem na każdego z adeptów czekała ta sama ścieżka: zakleszczenie w dyby, wysmarowanie farbą, oblanie wodą. Na koniec zaś trunkowy poczęstował wszystkich śmiałków piwem.

