Wyniki kilku ostatnich wyborów parlamentarnych dowodzą, że młodzi Polacy w wieku od kilkunastu do dwudziestu paru lat są „niedoreprezentowani”, co oznacza, że w wyborach uczestniczy niewielka ich część, a w efekcie ich sprawy nie są właściwie reprezentowane w tworzeniu prawa i kierowaniu państwem. A to też ich państwo, choć może to kogoś rozśmieszyć. Ci młodzi ludzie stanowili dotąd „uśpiony elektorat” i kolejne formacje polityczne walcząc o poparcie nie potrafiły go obudzić, czyli skłonić do masowej obywatelskiej aktywności. I nagle „śpiochy” wyszły na ulice. Co się stało?
Dawniej (przyjmijmy, że w ubiegłym wieku) chłopak nawiązywał znajomość z dziewczyną w kawiarni, na zabawie tanecznej, na dyskotece. Poznawali się, przypadali sobie do gustu, zostawali parą trzymającą się za ręce. Dziś zamiast splecionych dłoni są komputerowe myszki. A przynajmniej - najpierw są rozmowy w internecie, a dopiero później (i to ewentualnie) w ich efekcie realne, fizyczne poznanie się. Ale nawet wówczas kontynuowanie znajomości dokonuje się głównie za pomocą codziennych rozmów na odległość, przez internet.
Zresztą bardzo często fizyczne poznanie się kończy znajomość, bo „w realu” wyidealizowany partner zasadniczo różni się, oczywiście na niekorzyść, od internetowego wizerunku. Trzeba więc klikać dalej w poszukiwaniu ideału.
Z czasem internet staje się niezbędny w kolejnych sferach życia. Robi się zakupy przez internet, bo to takie nowoczesne. Zakłada się konto bankowe (konta mają dziś nawet bardzo młodzi ludzie). Przez internet płaci się rachunki i w ogóle zarządza własnymi finansami. Nawet pizzę zamawia się do domu przez internet. No i także ściąga się pliki muzyczne, filmy, książki, fotografie i inne korzystne, atrakcyjne materiały. W jednej z gdyńskich szkół trzy czwarte uczniów oddało niemal identyczne prace na zadany przez nauczyciela temat. Powód: wszyscy przepisali te informacje z internetu.
Na wyższym stopniu wtajemniczenia młody internauta włącza się w sprawy publiczne. Bo czym innym jest uczestniczenie w dyskusjach, komentowanie wydarzeń, wreszcie pisanie własnego bloga? A jak własnego, to także zaglądanie do innych, korespondowanie, polemizowanie, nawiązywanie wirtualnych znajomości, a z czasem nawet przyjazni.
Coraz częściej mam wrażenie, że ludzie starsi (przyjmijmy, że są to rodzice) nie zdają sobie sprawy, że ich dzieci żyją w zupełnie innym świecie niż oni. Że żyją w internecie. Nie chodzi tylko o gry i zabawy w sieci. Chodzi o życie w internecie w sensie dosłownym, o prawdziwe życie, jego główny nurt. Bo internet w ogromnej mierze wypełnia ten główny nurt, organizuje życie i uzależnia je od siebie tak bardzo, że po jakimś czasie życie bez internetu wydaje się… nierealne, wręcz niemożliwe.
W dziennikach telewizyjnych oglądam ostatnio relacje o demonstracjach przeciwko układowi ACTA. Dziwne to demonstracje. Kamery pokazują młodych i bardzo młodych ludzi, w dużej mierze nastolatków, często okularników jakby prosto z piosenki Osieckiej, uśmiechnięte dziewczyny. Skandują hasła, skaczą w miejscu jak podczas koncertów rockowych. Nie rozrabiają. Dzieciaki.
Dotychczas nie było takiej sprawy, takiej siły, która zmusiłaby (sprowokowała?) tych młodych ludzi do wspólnego działania na masowa skalę, do wyjścia na ulice. Oni nie uznawali realnego świata za swój, z wyboru nie byli w nim aktywni. Oni stworzyli sobie świat własny, właśnie w internecie. Tam byli sobą i między swymi. I nagle usłyszeli, że ten świat może nie być już tylko ich, że oni (niestety, w jakiejś formie ONI wracają) będą w ten świat ingerować, oceniać i rozliczać, a nawet karać. Tego już nie ścierpieli na zasadzie: my się w wasz świat nie pchamy, a wam wara od naszego. I zorganizowali się (oczywiście przez internet) do wspólnego buntu.
Patrzę na to wszystko odsuwając na dalszy plan zapisy ACTA, prawo autorskie, nielegalne sciąganie plików, a jestem pod wrażeniem przebudzenia się „śpiochów”, ich zorganizowanej aktywności. Dotychczas – myślę o kilku ostatnich dziesięcioleciach – udało się to na masowa skalę tylko jeden, jedyny raz: przy Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, którą wspierają wszyscy, albo prawie wszyscy, ale przede wszystkim ludzie młodzi. To bardzo pozytywne zaangażowanie, bo na rzecz chorych i potrzebujących pomocy. Ale czy bunt w sprawie ACTA jest zjawiskiem negatywnym? To zależy co i dla kogo w tej sprawie jest najważniejsze, bo ja uważam, że przebudzona aktywność młodych ludzi jest przeogromną wartością. Kapitałem, na którym wielu będzie chciało (już to widać w gorączkowych manewrach polityków) ugrać coś dla siebie. Na szczęście widać, że młodzi demonstranci bardzo dbają aby ich protesty były apolityczne. I niech tak zostanie, a być może jest to także początek większego udziału najmłodszego pokolenia w życiu publicznym.

