Dość często, gdy wędruję z workiem śmieci obskurnymi schodami bloku, przypomina mi się prawdziwa historia sprzed wielu lat. True story przerobiona na zwykły kawał, wic. A było tak...Stan wojenny, już grubo po godzinie milicyjnej, samo centrum wielkomiejskiego blokowiska. Mróz, noc, tylko koty biegają bez przepustek. W jedenastopiętrowym wieżowcu uchylają się drzwi do klatki schodowej. Jakiś jajogłowy w samym swetrze wybiega na chodnik z kubłem pełnym śmieci. Do pojemników ma może sześćdziesiąt metrów. Idzie szybkim krokiem, para bucha z ust. I nagle... opony trą o oblodzoną jezdnię, a przesmyk między blokami zalewa niebieskie, pulsujące światło. Przy obywatelu hamuje suka pełna zomowców. Dwóch wyskakuje, otwierają się drzwi z tyłu, pojawiają się kolejni.
- Dokumenty - zastępują drogę jajogłowemu (niech to będzie, powiedzmy, inżynier Frankowski).
- Panowie... Panowie - jąka się inżynier. - Ja przecież tylko... ja ze śmieciami wyszedłem...
- Papiery, przepustka - nie ustępuje starszy stopniem zomowiec, inni zaś przytupują butami stojąc wokół. Wielcy, w watowanych panterkach, a inżynier mały między nimi i drżący.
- No, dajcie spokój, panowie - Frankowski zbiera się na odwagę. - Ja tu przecież mieszkam. O tam. Klatka ef. A tu śmieci mam tylko.
- Wysypać - poleca zomowiec.
- Gdzie wysypać? Tu?
- Tu, kurwa, pajacu! - zomowiec kopie w kubeł, ten wypada z ręki bladego z zimna i przerażenia inżyniera. Zomowcy znają swoje zadania. Taki w swetrze, z zarostem parodniowym, z głową w istocie jajowatą, to kto to może być? Najpewniej antysocjalistyczna ekstrema solidarnościowa. Butami roztrącają stos odpadków, pochylają się nad zatłuszczonymi papierami, nad złotkami po margarynie, nad kłębkami waty, którą w wiadomym celu zużyła żona inżyniera. Latarkami świecą, patrzą w jakie gazety zawinięto obierki. A inżynier dygocze na mrozie, w oknach bloków coraz więcej głów. Nigdy nic wspólnego nie miał inżynier z antysocjalistyczną ekstremą. Ot, swoje robi w zakładach naprawczych taboru kolejowego, do polityki się nie miesza.
- Panowie - odzywa się wreszcie dzwoniąc zębami - tam stróż mieszka pod trójką w klatce ef. Na litość boską, jego spytajcie... Potwierdzi przecież...
- Wasze nazwisko - pyta zomowiec.
- Frankowski - odpowiada Frankowski.
- Ty pierdolony gestapowcu! Co męczysz porządnego człowieka? Ty chuju zomowski w dupę jebany!!! - ktoś z ciemnego okna ryczy aż dudni między ścianami domów. Zomowcy omiatają okna snopami świateł z latarek.
- Rozejść się! - irracjonalnie dysponuje sierżant i wzywa szeregowego. Każe mu iść do klatki ef i sprawdzić czy Frankowski nie kłamie. Inżynier kuli się, gdy po chwili zomowiec wraca i w postawie zasadniczej melduje przepisowo:
- Nie figuruje, obywatelu sierżancie.
- No i dosyć tego cyrku - sierżant chwyta Frankowskiego pod pachy i wrzuca do suki. Raz dwa zomowcy wskakują za nim. Trzaskają drzwi, auto cofa tyłem do ulicy. Koniec przedstawienia, ale ludzie ze zgrozą komentują wydarzenie, stojąc na balkonach.
Następnego dnia, o szóstej rano, Frankowski wraca piechotą do domu z odległego komisariatu. Ma za sobą noc w milicyjnej celi, noc przesłuchań, sprawdzania, ustalania. Nikt go wprawdzie nie bił, ale czuje się jak pobity. Splugawiony, odarty z godności. Tak jak stał minionego wieczoru, a wiec tylko w cienkim swetrze wchodzi do klatki ef w swoim bloku. Wstępuje już na schody, gdy otwierają się drzwi mieszkania oznaczonego numerem 3 i staje w nich stróż, bardziej elegancko zwany gospodarzem domu. Patrzy na inżyniera Frankowskiego z podziwem zmiksowanym z niedowierzaniem.
- Panie Frankowski....
- Tak? - inżynier odwraca się i patrzy w wypełnione podziwem oczy stróża.
- Byli tu wczoraj po pana te psy jaruzelskie. Pytali. Nie wiedziałem, że pan... No, no, panie Frankowski, swoim można wierzyć. Powiedziałem, że taki tu nie mieszka...

