Piszę te słowa 22 grudnia. Wczoraj wszystkie serwisy informacyjne podały wiadomość o tragicznej śmierci pięciu polskich żołnierzy z naszych sił w Afganistanie. Ponurym paradoksem jest to, że żołnierze zginęli wykonując misję pokojową, zajmowali się przygotowaniem odbudowy zniszczonych w czasie wojny obiektów.Pod rzekomo bezpiecznym samochodem, używanym też przez armię amerykańską, eksplodowała potężna mina. Nie pomogła specjalna konstrukcja wozu bojowego, który został rozerwany na strzępy. Polacy zginęli na miejscu, dołączając do 31 innych żołnierzy z Polski, którzy ponieśli śmierć na nie naszej wojnie.
Tak, właśnie na nie naszej wojnie, bo próżno szukać uzasadnienia, wytłumaczenia dla tych dramatów, może szczególnie dla tragedii pięciu rodzin, tragedii, która przyszła w przedświątecznym czasie, choć to przecież zbieg okoliczności, a każda niepotrzebna, bezsensowna śmierć jest koszmarem. Czego więc szukamy w odległym Afganistanie? Jakie cele nam tam przyświecają? Powie ktoś – sojusznicze zobowiązania, bo to misja w ramach operacji NATO, a my do paktu należymy i chlubimy się tym. Tak, być może, ale czy 10 lat temu, gdy USA w odwecie za 11 września uderzyły na Afganistan, był jakiś dalekosiężny plan dla tego regionu? Obawiam się, że nie, że wówczas liczyło się tylko zlikwidowanie władzy Talibów, władzy, która jawnie sprzyjała Alkaidzie, że chodziło o sparaliżowanie terrorystów, w końcu też o zabicie Bin Ladena, co udało się dopiero niedawno i to nie za sprawą szerokiej operacji wojskowej w Afganistanie, lecz wskutek rajdu amerykańskich komandosów na terytorium Pakistanu. Kolejnym ponurym paradoksem jest i to, że niedługo potem Talibowie zestrzelili amerykański helikopter na pokładzie którego zginęło 31 komandosów z tej samej elitarnej jednostki seal team six, która wykonała egzekucję Bin Ladena w willi po stronie pakistańskiej, niedaleko od granicy z Afganistanem.
Chyba tylko fantaści wierzą w to, że w Afganistanie uda się zainstalować, ale też utrzymać i osłonić, umiarkowany rząd próbujący szerzyć demokrację na wzór w jakimś sensie zbliżony do modelu zachodniego. Chyba tylko chorobliwi optymiści wierzą, że tę wojnę uda się wygrać w sensie militarnym, zwyciężyć Talibów, oczyścić z nich kraj, spowodować, że nie odżyją już ciągoty fundamentalistyczne. I raczej jest to niemożliwe także w Iraku. Obie te wojny są bezsensowne, a ofiara krwi polskich żołnierzy daremna.
Inaczej rzecz się miała w byłej Jugosławii, w Europie, w systemie państwowych naczyń połączonych, w innej cywilizacji. I choć uważam, że wszelkie wojny są złem, to ta jugosłowiańska sens jednak miała, ale nie ma jej bój o Afganistan, odległa batalia z przeciwnikiem bez armii, ale za to z determinacją i uporem, z fanatyzmem. Połamali sobie na Afganistanie zęby Rosjanie, połamią sobie i Amerykanie wraz z sojusznikami, z Polakami wysyłanymi tam na śmierć. Nie boję się tak pisać, bo ostre słowa akurat w tym przypadku są uzasadnione. Cóż tu pomogą słowa najwyższych dostojników państwowych, gdy śmierć zabiera synów, mężów i ojców? Żałosne są te słowa współczucia wypowiadane „z okazji”, ponure, urzędowo smutne celebracje.
Miałem zamiar napisać felieton optymistyczny, może nawet wesoły, z okazji Nowego Roku wspomnieć o planach, zobowiązaniach, podsumowaniach. Nie wyszło i za to niezadowolonych czytelników przepraszam, trudno jednak jest przejść do porządku dziennego po wiadomościach takich, jak ta z wczoraj.
Wycofajmy się stamtąd jak najszybciej. To jedyna sensowna decyzja.


Komentarze