Zmęczony pracą, wracając do domu zjechałem z szosy na leśny parking by przez kilka minut pospacerować. Zimy i śniegu nie ma, powietrze czyste i rześkie, no i cisza przerywana jedynie odgłosami przejeżdżających samochodów. Relaks.Poszedłem kawałek w głąb lasu i po chwili poczułem się nieswojo, tak, jakbym nie był sam. Spojrzałem w bok i zesztywniałem. Kilkanaście metrów ode mnie ujrzałem nieruchomo stojących, jakby przyczajonych, kilku niewysokich facetów. Dopiero po paru sekundach zdałem sobie sprawę, że to …krasnale. Nie, nie, nic nie piłem, przecież prowadziłem samochód. Nie była to także iluminacja z dzieciństwa na temat siedmiu krasnoludków. Przede mną stały prawdziwe, wyrośnięte krasnale ogrodowe, zgromadzone na niewielkiej polanie, jakby umówiły się tu na spotkanie.
Prawda, że były to krasnale po przejściach. Jeden postradał gdzieś rękę, drugi zachował na głowie tylko resztki gipsowej czapki, a kolejny w miejscu twarzy miał wybity otwór. Ale dwa były całe, nietknięte i stojące na tym odludziu jakby dumnie. Tak, czy inaczej, przestraszyły mnie nie na żarty.
Przypomniałem sobie, że to nie pierwszy raz zostałem przestraszony przez krasnala. Na fali prawdziwego zalewu polskich przydomowych ogródków przez watahy gipsowych krasnali o urodzie koszmarnych karłowatych starców trafiały one także na posesje osób, które o taki gust trudno by podejrzewać. Poważni i rozsądni ludzie, w innych sprawach bezbłędni estetycznie, ulegali urokowi (magii ?) gipsowych brzydali i „upiększali” nimi swoje ogródki. Pod koniec lata byłem „na grillu” u znajomych w ich obszernym ogrodzie. Kiedy zapadł zmierzch, a gospodarze dostarczali na stół kolejne specjały, poszedłem w kierunku iglaków aby się rozprostować. Gdy znalazłem się tuż obok krzewów nagle rozbłysły przede mną jaskrawoczerwone ślepia. Aż odskoczyłem w popłochu. Nie był to jednak ani wielki pies, ani inny napastnik, tylko dorodny krasnal świecący żarówkami elektrycznych oczu, bo pan domu właśnie włączył ogrodową iluminację. Gospodarz przyznał potem, że świadom kiczowatości swego krasnala, przed przyjściem gości ukrył go w głębi krzewów. Zapomniał tylko, że ten ma zasilane elektrycznie wielkie czerwone gały…
Populacja krasnali w polskich ogródkach osiągnęła rozmiary małego narodu. Potem ruszyła na zachód, bo okazało się, że polskie krasnale chętnie kupują Niemcy. Naturalną konsekwencją było pojawienie się obok krasnali, także gipsowych bocianów, żab i innych Bogu ducha winnych zwierzątek. I chociaż krasnale podbijały kraj w sezonie letnim, to i tego było im mało. Już w tym roku na jednym z gdyńskich osiedli widziałem dorodnego gipsowego renifera zaprzężonego do sań. Z kolei w Gdańsku na domku jednorodzinnym ktoś zamontował zmyślne urządzenie: całkiem spory krasnal, napędzany elektrycznie, wspinał się po linie z parteru na pierwsze piętro, a potem zjeżdżał na dół. I tak w kółko, aż do wyłączenia zasilania.
Wszystko to przypomniało mi się gdy stałem na polanie obok drużyny krasnali po przejściach. Tylko skąd oni się tam wzięli? Ale i ta zagadka wkrótce została rozwiązana. Jak poinformował mnie mój przyjaciel, jakiś czas temu powstało Stowarzyszenie Obrony Krasnali, które poinformowało o tym świat przez internet. Misją tego stowarzyszenia było porywanie krasnali z polskich ogródków, wywożenie ich do lasu i zwracanie im wolności. To oczywiste w Polsce, gdzie umiłowanie wolności jest powszechne i niewolniczy los krasnali musiał, prędzej czy później, wywołać takie działania. Bo w końcu krasnal w polskim ogródku, chociaż gipsowy, jest jakby Polakiem, chociaż nieruchomym.
Z szacunku dla tych tradycji zostawiłem drużynę krasnali w spokoju na polanie. Kiedy już miałem odjechać, na leśny parking wjechał inny samochód, a w nim młode małżeństwo z dwójką tak na oko 12-letnich synów. Chłopcy wbiegli do lasu aby posiusiać i po chwili słychać już było ich głośne wołania. Wkrótce potem cała rodzinka pakowała do samochodu dwa krasnale, oczywiście te nie uszkodzone.
Nie spodobało mi się to. W końcu nie po to walczyliśmy o wolność, by ktoś nam ją teraz odbierał i zniewalał do służby w ogrodowych krzakach. Ale z drugiej strony – wolność wolnością, a okazja okazją. Polak wolność kocha, ale jest też przedsiębiorczy…

