Taka była powszechnie przyjęta i do znudzenia powtarzana opinia: polska scena polityczna jest zabetonowana i jakieś zasadnicze zmiany wewnątrz niej są w najbliższym czasie wykluczone.
Wprawdzie w pamięci starszych wyborców powracał jeszcze zamglony obraz Stana Tymińskiego straszącego zawartością czarnej teczki, lecz jako coś mało już rzeczywistego, żenującego i nie mogącego się powtórzyć. Żywsze były wspomnienia drużyny Andrzeja Leppera i zdjęcia ludzi, którzy mogli się kojarzyć ze wszystkim, ale nie ze sprawowaniem władzy w prawie 40-milionowym kraju w środku Europy. A jednak mieli ją, byli i w parlamencie i w rządzie. Ale, mówiono, to choroby i grzechy młodej demokracji, z których zdążyliśmy wyrosnąć. Będziemy do nich powracać jedynie w anegdotach.
Akurat. Przyszły wybory, a wraz z nimi rozbrykane tsunami o nazwie Palikot, zaprzeczające wcześniej wymienianym stwierdzeniom. Jego personalne rozstrzygnięcia mogą zdumiewać. Już w kampanii przedwyborczej można było wychwycić sygnały, że będą duże niespodzianki, jak choćby ta o kandydacie (obecnie już pośle) karanym za pobicie kijem bejsbolowym. Potem, zgodnie z zasadami filmów grozy, napięcie już tylko rosło.
Pisząc te słowa, cały czas przypominałem sam sobie, że demokracja ma swoje prawa, że trzeba uszanować jej skutki. I dobrze. Szanuję wyniki wyborów i nie próbuję ich podważać. Jednak uznając i szanując, nie pozbawiam się przecież prawa ich oceny. I tu pojawiają się problemy.
Na tak zwany zdrowy rozum idealny sejm powinien składać się z przedstawicieli we właściwych proporcjach reprezentujących grupy zawodowe, etniczne, wiekowe i wszelkie inne. To jednak czysta utopia, bo demokratyczne wybory to żywioł, który takie zasady wyklucza. Dopuszcza natomiast wszelkie niespodzianki wynikające z woli wyborców. W efekcie mamy dziś w Sejmie RP kobietę, która jeszcze niedawno była mężczyzną (to pierwszy w świecie transwestyta zasiadający w parlamencie), ludzi nie będących w stanie sklecić poprawnie przed kamerą trzech zdań, wojujących gejów i inne postacie dotychczas w parlamencie nieobecne.
Dla jasności – nie mam nic przeciwko transwestytom, czy gejom i nie odbieram im praw obywatelskich. Frapuje mnie co innego: kto ich wybrał i dlaczego to zrobił?
Pierwsza część odpowiedzi wynika z powyborczych słupków: na Ruch Palikota głosowali głównie młodzi ludzie, ogólnie rzecz biorąc, tacy do 30-go roku życia. Czy chcieli oni aby w Polsce stanowili prawo ludzie, można by rzec, nietypowi? Rozmawiałem z kilkudziesięcioma takimi wyborcami i prawie wszyscy odpowiadali, że nie. Skoro nie, to dlaczego tak? Tylko niewielu wrzucało kartkę wyborczą dla zgrywy (tak, jak kiedyś w przypadku Polskiej Partii Przyjaciół Piwa). W rozmowach serio dominowały dwie przyczyny: zdecydowana niechęć do jałowego mordobicia dwóch wielkich (myśląc tu raczej o formacjach, a nie personach), takie typowe zmęczenie materiału, a powód drugi to poparcie antyklerykalnej linii partii Palikota.
Szczególnie zaskakuje tak duży antyklerykalizm w kraju, gdzie ponad 90 procent rodaków mieni się katolikami. Jeden z moich rozmówców powiedział, że na jego osiedlu, zamieszkanym głównie przez młode małżeństwa, ponad połowa lokatorów nie przyjęła tzw. kolędy, czyli wizyty w domu księdza z okazji świąt Bożego Narodzenia. Inni mówili o kontrowersjach wokół religii w szkołach, o nieugiętej postawie w sprawie in vitro i w ogóle o postawie księży „z góry” (na pewno nie wszystkich) typu „tak ma być i bez dyskusji”. A tymczasem wyrosło nowe pokolenie, dobrze wykształcone, mające własne zdanie w każdej sprawie. Ich nie można stawiać na baczność, kazać myśleć i postępować według nie przewidujących żadnego oporu norm. Z nimi trzeba rozmawiać, przekonywać i pozyskiwać. Także życiem w zgodzie z głoszonymi zasadami i dawaniem właściwego przykładu. Słyszałem od tych ludzi, że często nie obnosili się ze swymi opiniami aby nie narażać swych rodzin na ostracyzm. No i skumulowało się to wszystko na kartce wyborczej pozwalającej na odreagowanie anonimowe i bezpieczne.
To, co w tej sytuacji może najważniejsze, to podkreślanie przez wielu wyborców Palikota, że nie głosowali przeciwko religii, tylko przeciwko postawie i praktykom urzędników Pana Boga, czyli niektórym księżom. Ciekawe czy i jakie wnioski wyciągną z tej lekcji paradoksalni kreatorzy sukcesu przedziwnej, kolorowej drużyny Palikota…

