Tłumy kibiców niczym wojska długimi kolumnami ciągnęły na Baltic Arenę, która dzięki sponsorowi przyjęła nazwę PGE Arena. Dopijali w pośpiechu napoje z butelek, by skończyć przed wejściem na stadion, gdzie przecież nie można wnosić żadnych przedmiotów mogących służyć jako broń rzucana.
– Spokojnie, tam jest bar – uspakajał brat, kiedy przyznałem, że właśnie chętnie bym się czegoś napił. Obeszliśmy stadion dookoła, by znaleźć nasze wejście, przebiliśmy się przez grube kolejki przy bramkach i wpadliśmy do środka. Mimo że do meczu była jeszcze prawie godzina, kibice na trybunach i piłkarze na boisku już się rozgrzewali. Atmosferka była całkiem przyjemna – taka przedmeczowa… ale idziemy się napić.
Okazało się, że największa wojna toczy się przy barze. Sponsorem reprezentacji Polski jest Coca-Cola, dlatego nie dziwiłem się, że ją serwowali. Ale tak jak każdy polski McDonald stacja benzynowa, czy inny bar ma nalewak na Colę, tak bar mający obsłużyć 40 000 kibiców narodowej reprezentacji ich nie miał. Młodzi wolontariusze – bo na takich wyglądali – otwierali półlitrowe butelki i drżącymi rękoma wlewali napoje do kubków tekturowych – plastikowej butelki nie mogli dać, gdyż ochrona by nie wpuściła nikogo z taką bronią na trybuny. Cola się pieniła, zakrętki się zacinały, ale jakoś to szło, powoli, ale do przodu. Nagle zabrakło Coli. Po chwili zbrakło kubków pół litrowych...
Na pierwszą połowę zdążyłem w ostatniej chwili, trzymając w ręku naręcze kubków 0,33 przepełnionych Colą Zero.
Poczuć oddech 40 000 kibiców na stadionie to wrażenie niesamowite. Dobrze, że kibice Arki mogli w końcu obejrzeć nowy stadion Lechii. Oczywiście wszyscy ukrywali się za biało-czerwonymi barwami. Te połączyły oba wrogie kluby. Co prawda jednemu sąsiadowi z prawej wyrwało się raz z gardła: „Lechia Gdańsk!”, a komuś innemu z lewej: „Arka Gdynia!”, ale na szczęście nikt nie dał się sprowokować i udało się uniknąć polsko-polskiej bitwy na trybunach.
Tymczasem jak tylko pojawił się na boisku prezes PZPN Grzegorz Lato, by otworzyć towarzyski mecz, rozgwizdał się cały stadion. Potem przez pierwszą połowę, gdy tylko sędzia coś nie tak zagwizdał, trybuny skandowały niecenzuralne słowa o PZPN-e. Niemieccy kibice, którzy zajęli skromnie jeden malutki sektorek, też podobno to krzyczeli.
Wszyscy starali się dopingować polskich piłkarzy jak najlepiej. Poszczególne grupy kibiców skandowały różne hasła, w tym nasza. Jednak zabrakło koordynacji pomiędzy nimi. Lepiej za to poszły fale przez stadion. Poszczególne sektory – biało-czerwone – podnosiły się i siadały. A kiedy pierwsza fala dotarła do sektora vipów – szaro-czarnego z elementami biało-czerwonymi – utknęła. Nie trzeba było czekać długo na reakcję stadionu. Solidarnie wszyscy wygwizdali vipów. Przy kolejnej fali już nie siedzieli…
Po pierwszej połowie, przerażony licznymi atakami Niemców na naszą bramkę, pełen podziwu dla wirtuozerii naszego bohaterskiego bramkarza Wojciecha Szczęsnego, udałem się chyłkiem do toalety.
– Tam na pewno nie będzie takich kolejek jak przy barze – zapewniał mnie brat.
Kolejek nie było, ale za to dymu tyle, że spokojnie możnaby powiesić rząd siekier w powietrzu. Kilka osób przede mną wycofało się w pośpiechu krztusząc się i krzycząc. Ja, jako zahartowany palacz sprzed lat, wszedłem mężnie w samo epicentrum kłębiastej mgły. Parło mnie konkretnie, więc i tak nie miałem wyjścia.
Na całym stadionie obowiązuje zakaz palenia, a że jest naszpikowany czujnymi okami kamer, to trudno ten zakaz łamać. Jedynie w toaletach, gdzie nie zamontowano kamer, można ukryć się przed Big Brotherem i z tego korzystali właśnie Polacy.
Ktoś krzyknął z tyłu: „Gdybyście trawkę palili, to wszyscy mieliby przynajmniej głupawkę!”. I wtedy wpadł ochroniarz o rozmiarach mniej więcej dwa na dwa: „Gasimy papieroski i wychodzimy! Zaraz się, kurna, czujki dymu włączą i będzie ewakuacja stadionu! Chyba tego nie chcecie?”. Komuś wtedy się wyrwało: „Może dzięki temu nie przegramy...?”
Opróżniony i pełen dobrego humoru wróciłem na drugą połowę, by dalej delektować się wielotysięczną atmosferą na trybunach… i jak się okazało całkiem niezłej gry naszej drużyny.
Około 10 minut po rozpoczęciu drugiej połowy sektor vipów nadal był prawie pusty. – Tam muszą mieć dobrze zaopatrzony barek i zapewne bez kolejek – zwróciłem uwagę i zaraz zawyłem z radości razem z 40 000. tłumem, gdyż właśnie Robert Lewandowski strzelił pierwszego gola!
Nie było takiego szału na trybunach przy pierwszej naszej bramce, jak przy drugiej, kiedy z 1:1 wskoczyliśmy na 2:1, po celnie strzelonym karnym przez Jakub Błaszczykowskiego. Chwila była piękna, gdyż stało się to dosłownie kilkadziesiąt sekund przed końcem meczu w doliczonym czasie gry.
I już myślałem, że biorę osobiście udział w historycznym wydarzeniu. Już wyobrażałem sobie, jak opowiadam tę historię wnukom, jak to na żywo oglądałem mecz, w którym Polska po raz pierwszy wygrała z Niemcami... kiedy nasz obrońca Jakub Wawrzyniak się poślizgnął, a niemiecki napastnik Cacau w 94 minucie bez krępacji wyrównał na 2:2. Po golu sędzia nie czekał nawet dwóch sekund. Zakończył spotkanie. A my staliśmy jak wryci na pięknych trybunach.
Po kilku minutach ocknęliśmy się i wróciliśmy do rzeczywistości. Chyba jesteśmy już tak zaprogramowani. Kiedy szło dobrze i wygrywaliśmy 1:0, nasz napastnik Arkadiusz Głowacki musiał sfaulować na naszym polu karnym, by Niemcy strzałem Toni Kroosa wyrównali. A kiedy z kolei powiał oddech sprawiedliwości i oni sfaulowali na swoim polu karnym i my odzyskaliśmy utraconą przewagę, nasz obrońca się potknął…
I kibice jak zaprogramowani zawrócili do swoich domostw. Tylko helikopter nad nami krążył rozbijając noc snopem światła…
Mówi się, że wszyscy grają, a Niemcy wygrywają. Polscy komentatorzy mimo wszystko chwalili grę biało-czerwonych. Ale żal, że do wygranej zabrakło kilku sekund i trochę szczęścia, pozostał.


Komentarze
To Fakt.
womens north face arctic parka
north face free shipping