Zegar przestał chodzić. Taki ścienny, z wahadełkiem, nakręcany kluczykiem. Bił godziny przez ładnych parę lat i stał się nieodzowną częścią domu. Pomyślałem, że pękła sprężyna i trzeba go naprawić. Zawiozłem więc zegar do zakładu przy ul. Heweliusza w śródmieściu Gdańska, do fachowca.
- Proszę pana – powiedział zegarmistrz – tak od razu nie powiem co się zepsuło. Zlecę wykonanie ekspertyzy. Jak ją otrzymam, poinformuję pana telefonicznie ile będzie kosztowała naprawa.
Po kilku dniach zegarmistrz zadzwonił i oznajmił:
- Naprawimy panu zegar. Będzie to kosztowało od 140 do 180 złotych. Jeśli jednak po rozkręceniu okaże się, że coś jest nie tak z łożyskami, to więcej. Będzie do odbioru za trzy tygodnie. To jak, mam robić?
Zrobiłem błyskawiczny remanent: ekspertyza, choć to nie Big Ben a zwykły zegar; 180 złotych albo więcej, a za tyle można kupić przyzwoity nowy zegar; trzy tygodnie oczekiwania, a nie chodzi przecież o wykonanie nowego zegara. Pomyślałem więc, że pan zegarmistrz najwyraźniej uznał mnie za ciężkiego frajera. Powiedziałem więc:
- Dziękuję, nie skorzystam. Przyjadę i zabiorę zegar.
Tak też zrobiłem. Postanowiłem wykonać drugie podejście. Zawiozłem czasomierz do zakładu zegarmistrzowskiego na rogu ulic Grunwaldzkiej i Miszewskiego we Wrzeszczu. Tam zegar przyjęto i po trzech dniach znowu wisiał i bił godziny u mnie w domu. Okazało się, że nie był zepsuty, a jedynie dłuższy czas niekonserwowany. Po przeczyszczeniu i naoliwieniu znów zaczął chodzić. Zegarmistrz z Wrzeszcza wziął za to 40 złotych.
A co z ekspertyzą, kosztem 180 złotych, łożyskami i trzema tygodniami oczekiwania – mógłby ktoś zapytać? To takie dekoracje, w których miała się rozegrać ta etiuda komediowa, banał nasz codzienny, w której ja miałem zagrać Frajera, a zegarmistrzowi z Wrzeszcza przypadła rola Dziwaka (bo nie dość, że dobry fachowiec, to do tego uczciwy).
Dzisiaj w niektórych środowiskach niepodjęcie próby brutalnego „orżnięcia” klienta uważane jest wręcz za brak profesjonalizmu, że przypomnę wszechobecne wielostronicowe umowy z partiami drobniutkiego druku zawierające zasadzki, w które wpadają leniwi (bo nie chce im się czytać) i naiwnie (bo do głowy im nie przyjdzie, że szacowna instytucja może podłożyć im „haki”). Tam obowiązuje zasada „bij frajera”, a im więcej ich okantujesz, tym okazalszą otrzymasz prowizję.
Ponieważ jednak ja jestem (i raczej pozostanę) staroświeckim Frajerem, szczerze polecam usługi wrzeszczańskiego Dziwaka, mając nadzieję że ten gatunek, choć ginący, mimo wszystko przetrwa…


Komentarze