Powieść Magdaleny Parys „Tunel” wciąga jak wartki nurt, po drodze zbierając dziesiątki ważnych i mniej ważnych wątków, pośrednio lub bezpośrednio związanych z tematem głównym – budową sekretnego tunelu, który umożliwi nielegalne przejście nieszczęśników z Berlina Wschodniego do Berlina Zachodniego.
Ma być propagandowym hitem zachodniego sponsora (NBC), przejściem oddanym do użytku w czasie, gdy jedni Niemcy wiwatować będą na cześć usypanego w 1961 r. muru, zbudowanego w celach „obronnych” (by zachodni krwiopijcy nie wykradali zdobyczy świetlanego systemu społeczno-politycznego), a inni (nie lepsi, nie gorsi), zamknięci na wyspie okolonej drutem kolczastym, odnotują smutny fakt, że żyją 20 lat niczym w twierdzy średniowiecznej, w najbardziej ufortyfikowanym mieście europejskim XX wieku.
Przekop długości 148 metrów okupiony zostanie wysiłkiem wielu ludzi, których życiorysy przewiną się w rozmowach, wspomnieniach i pamiętnikach zbieranych przez Petera, wnikliwego eksurzędnika, żmudnego dokumentalisty, odsłaniającego krok po kroku szczegóły owego planu, ujawniającego ostatecznie cele i konsekwencje tego przedsięwzięcia.
To fascynująca podróż przez czas wojny (m.in. ucieczka gdańszczan z miasta), lata powojennego Berlina, przed i po Murze (ciekawe epizody lat buntu ‘68 i początki lat 80. – napływu tzw. przesiedleńców do Niemiec). Parys pokazuje również przemiany dokonujące się w ludziach, np. wstrząsającą „metamorfozę” Filipa (trochę razi spolszczone imię niemieckiego bohatera) czy Klary Kurskiej.
Pisarka z ogromną lekkością opowiada zdarzenia, w których intryga, sensacja, a nawet zbrodnia osadzone są mocno w historii; akrybia, z jaką podchodzi do faktów budzi prawdziwy podziw, choć uprzedzam – zdarzenia mieszać się mogą w gąszczu imion, epizodów i częstych zmian miejsca i czasu akcji.
Skrupulatnie odnotowane są również detale, które po latach płowieją w pamięci, np. to, że mieszkańcy Berlina Zachodniego otrzymywali Berlinerzuschuss, dodatek za odwagę mieszkania na wyspie, że przejazd metrem przez sektor sowiecki łączący północ z południem Berlina Zachodniego bywał podróżą niczym w katakumbach; pociąg przejeżdżał przez kilkanaście stacji-widm, sino oświetlonych, które dziś stanowiłyby świetną scenerię dla Halloween.
Najsłabszą stroną powieści, według mnie, jest charakterystyka niektórych bohaterów. Są mocno przerysowani, dlatego nie bardzo wiarygodni. Tak jest w przypadku ofiarnej, lojalnej, ba, jakoby naiwnej Madzi, którą wykorzystuje Franz, bezduszny egoista, manipulant. Magda w fazie absolutnego zauroczenia, idąc z ukochanym do alkowy, zgarnia ze stolika notesik, chowa i twierdzi, że trzeba „być przezornym i pilnować swoich spraw”. Zajrzy wprawdzie do niego, ale jakoby przez lata zapomni co zawierał (sic!). Zaszantażuje w sytuacji niejasnej pewnie dla doświadczonych psychiatrów. To samo dotyczy Romana, okaleczonego miłością do dziewczyny brata. Nie bardzo wierzę, żeby zakochany narażał na ryzykowne eskapady miłość swego życia i nie ujawnił intencji brata-krętacza, któremu zresztą nie ufa. Jakieś dziwne to uczucie, z góry namaszczone nieszczęśliwą miłością.
Cokolwiek by nie zarzucić autorce – powieść jest dobrym, wielce obiecującym debiutem. Dla świadka lat 80. literatura niemal obowiązkowa, a dla wszystkich naprawdę interesująca książka naszej rodaczki z Berlina.


Komentarze